Sezon 10
Z Charmed Czarodziejki Wiki
10.1 EVIL NOT-DEAD (PART 1)Zimny wiatr hula między przerażająco spokojnymi nagrobkami, mijając niczego nie mówiące przechodniom nazwiska- Steven Worthington, Michael Darkfeld, Wesley Manson, Derek Phelps... W końcu daje się zauważyć nieduże zgromadzenie ludzi, siedzących spokojnie w czarnych ubraniach przed księdzem odmawiającym modły. W końcu padają pamiętne słowa: -Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. Spoczywaj na wieki w pokoju!- Wtedy daje się zobaczyć pozłacaną urnę, która wstępuje powoli pod ziemię, do płytkiego grobu. I wtedy rzut oka na nagrobek: "Severin Andrews, 1986-2008, żył 22 lata, oddał życie dla ratowania swoich bliskich". Ludzie ubrani na czarno okazują się naszymi głównymi bohaterami- po kolei, od lewej do prawej, Prue, Andy, Piper, Leo, Phoebe, Coop, Paige, Henry, w końcu Billie i Alex. Gdy grób zaczyna pokrywać się ziemią, Billie już nie wytrzymała i wstała z krzesła, odchodząc w dal. Alex podążyła za nią, kolejny poszedł Andy. Billie wstąpiła do kapliczki przycmentarnej, wypłakując się we własny rękaw. Alex i Andy usiedli obok niej. -Co się stało?- Zapytał Andy. Ta, jakby z pretensjami, spojrzała na niego, oczyma pełnymi łez: -A jak myślisz? Nic nowego się dziś nie stało, ale męczy mnie to samo od dwóch miesięcy! Czy wiesz, jakim koszmarem jest dla kobiety zostanie wdową w dniu ślubu? Spróbuj to sobie wyobrazić! Ślub nawet nie został zakończony, a już... Szkoda słów. -Wiem, co czujesz...- Odpowiedziała Alex. -A skąd? Co ty w ogóle o nas wiesz? Wiem tylko, że Severin w jakiś sposób ci pozwolił z nami być, i że jesteś czarownicą. -Nie pomyślałaś, że oprócz bycia czarownicą, jestem też kobietą? Też przeżywałam wiele strat i rozumiem, co możesz czuć... -Nic nie rozumiecie! To nie was dotknęło to nieszczęście!- Billie poprawiła swój czarny welon, po czym szybkim krokiem wyszła z kapliczki, kierując się gdzieś w miasto, prawdopodobnie do swojego domu. Alex chciała wstać za nią, ale Andy ją powstrzymał. -Daj spokój. Ma prawo być rozżalona- Wtedy Alex usiadła spokojnie, ale Andy znów się do niej zwrócił- Ile jeszcze chcesz ukrywać przed nią kim jesteś? -Myślę, że niedługo... Chcę jeszcze jutro rano wrócić do swoich czasów. -I co? Zostawiając ją w nieświadomości? Musisz dać jej jakąś nadzieję! Jeśli się dowie, że jesteś jej córką, jej i Severina, to... będzie miała nadzieję, że cząstka twojego ojca wciąż żyje w niej!- Alex znów wstała, nie spoglądając już na Andy'ego. -To jest moja sprawa i ja wiem, co mam robić. Zaczynam żałować, że ci miesiąc temu powiedziałam, kim jestem. Moja misja tu się nie udała i nie mam powodu, by dłużej tu zostawać- Alex również odeszła w bliżej nieznanym kierunku. NASZE INTRO DO 10 SEZONU Siostry, wraz z pozostałymi panami, wyszły na spotkanie pogrążonemu w zamyśleniu Andy'emu. Prue podeszła do niego. -I jak mają się sprawy z dziewczynami?- Andy pokiwał przecząco głową. -Źle. Billie pogrąża się w rozpaczy, a Alex... unosi się dumą- przerwała mu Piper. -Wciąż męczy mnie jedno, kim ona wogóle jest, że tyle wie o tym wszystkim?- Leo uśmiechnął się skrycie. -No cóż, Piper, chyba wolałabyś nie wiedzieć. A my z Andym musimy się udać do naszych obowiązków... Rozumiesz. -Tak, rozumiem- odpowiedziała Piper, po czym obydwaj panowie- Leo i Andy- wyorbowali "na górę". Zostali z nimi Coop i Henry. -Szkoda mi faceta... Nie zdążyłem go dobrze poznać, ale... poświęcił się dla nas wszystkich. Kolejne Źródło stało się historią... Niech choć jego prochy spoczną w pokoju- Powiedział Coop, zastanawiając się nad całą sytuacją. Ale wtedy odezwała się Phoebe. -No cóż... To nie były jego prochy. -Jak to?- Zawołał zaskoczony Henry- Co chcesz przez to powiedzieć? -A co- Wykrzyknęła Phoebe- Miałyśmy powiedzieć księdzu, że nieboszczyk zniknął, eksplodując jak demon w płomieniach? -I że był demonem- Dokończyła za nią Paige. Coop złapał się za głowę. -Jasna ch... Dobrze, że Billie o tym nie wie. Wtedy dopiero by było!- Cała grupa po chwili skierowała się do domu. Tymczasem na odległej i mrocznej planecie Argus, w odległej galaktyce, przed komnatą demonicznego władcy pojawił się słup ognia, a ze słupa- wyłonił się Tempus, po czym podszedł do dwóch demonicznych strażników o mackowatych twarzach. -Wpuście mnie do Eredarów. Powiedzcie, że przybył sam Tempus!- Strażnicy coś zabełkotali do siebie, po czym wpuścili Tempusa do wielkiej, spiżowej komnaty. Tam, dookoła okrągłego stołu stało siedem bardzo zaawansowanych demonów- ogromnych postaci, w różnych kolorach, od czerwonego, największego, przez purpury, brązy i róże, aż do błękitów. Największy z demonów położył swoje pazurzaste łapy na stole, spoglądając spod kolców na swoim czole czerwonymi ślepiami... -Czego chcesz, czarowniku czasu?- Odezwał się bardzo grubym i niskim, demonicznym głosem. -Przybyłem na polecenie samego Źródła. Nie, nie kolejnego jego ziemskiego wcielenia, od SAMEGO Źródła!- Największy Eredar zapalił dziwne cygaro w swoich dłoniach, pociągając z niego dym. -Nie obchodzą mnie majaczenia twojej ludzkiej formy!- Demon odwrócił się od stołu i odgarniając macki z brody, spojrzał na czerwono-biały księżyc unoszący się nad marmurowym niebem. -To nie Ziemia, to Argus. Tutaj słuchamy tylko samego Źródła, a nie żadnych ziemskich emanacji!- Tempus bez wahania wymachnął woreczkiem pełnym mikstur. Woreczek uderzył w środek stołu, a ze środka pojawił się słup ognia, a w nim- dwoje płonących, demonicznych ślepiów. -Eredarzy!- Gdy największy demon usłyszał ten głos, odwrócił się spowrotem w tą stronę. Pozostałe sześć demonów odeszło na kilka kroków od stołu. -Źródło? Tutaj? Ale... dlaczego?- Ślepia spojrzały na Eredara. -Zaborco, nie możesz ignorować Ziemi. Na niej wyrosła czwórka czarownic, które są największym zagrożeniem dla nas wszystkich, nawet dla was na odległym Argusie. One są znane jako... Czarodziejki. -Czarodziejki? Co one mogą nam zrobić tutaj? -Mogą one przeszkodzić w moim Planie Ostatecznym. Jak wiecie, tylko kilka kroków dzieli mnie od jego zrealizowania. I tylko one mogą ten plan zniweczyć. A wy, jako moi wierni słudzy, musicie się mnie słuchać i bronić mojego Planu!- Eredar przyłożył rękę do piersi i ukłonił się przed Źródłem. -Jak sobie życzysz, Panie wszelkiego zła. Wyślemy naszych podwładnych przeciwko ziemskim Czarodziejkom!- Gdy ślepia Źródła zniknęły, Tempus machnął płaszczem, jakby chcąc przypomnieć o swojej obecności. Eredar spojrzał mu w twarz. -Ja, Zaborca, wydam rozkaz do ataku moim podwładnym w przeciągu 24 godzin. Czekaj na mnie na Ziemi!- Tempus zadowolony, kiwnął głową, i wyparował w swoim płomieniu. Już w domu, Piper próbowała obejść się jakoś ze swoimi synami... Ale tylko Chris słuchał matki, Wyatt ciągle jej gdzieś uciekał. W końcu Piper złapała się za brzuch, kiedy z tyłu pojawił się Leo. Ona odwróciła się do niego, zdającego się być zadowolonym. -Możesz zabrać mój brzuch? -Ee?- Odpowiedział zaskoczony Leo. -Po prostu nie umiem sobie poradzić z nimi oboma, a ciąża tylko mi jeszcze przeszkadza! -Nie martw się- powiedział Leo, przytulając ją do siebie- Poradziliśmy sobie już dwa razy, i tym razem nam się uda. Nie musisz się obawiać o nic. -A demony?- Zapytała Piper swojego męża. -Demony... No cóż... Wiesz, teraz gdy Źródło zostało znów pokonane, potrwa to dłuższy czas zanim ktoś ogarnie chaos... -A jeśli?- Zapytała Piper- A jeśli ktoś zdoła wysłać przeciwko nam coś? Teraz, gdy ja jestem... -Piper, mówisz tak, jakbyś jako ciężarna nigdy nie walczyła z demonami. Żeby teraz coś nas zraniło, musiałoby spaść chyba z kosmosu...- Powiedział Leo, nieświadom chyba tego, co mówi- Pamiętaj, nasze dziecko już zamanifestowało swoją moc, uderzając Tempusa piorunem... -Nie ma Źródła- Piper wyrwała się z jego objęć, siadając na fotelu- Wciąż męczą mnie wyrzuty sumienia, że po prostu go wykorzystałyśmy... -Że wykorzystałyście Źródło? -Nie, Severina. Minęły dwa miesiące, ale... Ale wciąż mnie to męczy. W kilka godzin potem, w Lochu Źródła Tempus zajmował jego tron, kłócąc się z jakimś potworem z ogromnymi kłami. -Macie mnie słuchać! Czy nie rozumiecie, że jestem jedynym spadkobiercą Źródła? To ja mam was dopilnować, w czasie jego absencji! -A ja tu nie widzę Źródła!- Wykrzyknął w odpowiedzi potwór- I nigdy nie słyszałem, by ci przekazywał władzę! Nie masz żadnego prawa...- Potwór mówił niemal kwiczącym głosem, gdy nagle na podłożu pokazała się zielona, świetlista półkula, a z niej po chwili wyszedł zielony promień. Gdy zielone światła zniknęły, przed nimi stał niebieski Eredar. -To Eredar!- Powiedział świńskim głosem potwór. -Ale ty nie jesteś Zaborcą!- Odezwał się Tempus na ten widok. -Zaborca mnie przysłał. Jam jest Plugawca Światów, prawa ręka Zaborcy!- Eredar spojrzał na potwora wytrzeszczającego (dosłownie) oczy- Co się tak na mnie gapisz, prosiaku?- Demon wyrzucił ze swojej dłoni czerwoną kulę energii (podobną do tej Cole'a, ale czerwoną), spalając potwora. Wtedy zza drzwi do Lochu Źródła weszło kilkanaście podobnych potworów. -Fomoraigi, teraz będziecie wykonywać tylko moje rozkazy! Macie iść i zniszczyć Czarodziejki! -Ale nawet Belthazor, nawet Alastar, nawet Zankou... Żaden z nich tego nie dokonał! -A co mnie to obchodzi?- Demon stuknął kozim kopytem- Macie rozkaz je zniszczyć, natychmiast!- Dwanaście świńskich demonów wyszło z pomieszczenia, a Plugawca zwrócił się do Tempusa, ciągnąć swój długi, gadzi ogon po ziemi. -I co? Ja od razu posłałem ich do roboty- Tempus szyderczo się uśmiechnął. -Wiesz, musisz się nauczyć paru rzeczy o Ziemi i tym, co się tu dzieje. Paige spokojnie szła przez miasto, podążając wprost na posterunek, do Henry'ego. Po kilku chwilach weszła do środka, a policjanci od razu ją rozpoznali. -O, Paige, przyszłaś do Henry'ego? Powinien być jeszcze u siebie, miał zaraz wychodzić!- Dziewczyna bez zastanowienia weszła do swojego męża. Ten, widząc ją, schował swój długopis do kieszeni. -Cieszę się, że jesteś. Właśnie wychodziłem. Co cię tu sprowadza? -Chciałam pójść do domu razem z tobą. Nie wolno mi?- Henry uśmiechnął się. -Oj, nie prowokuj mnie, bo cię zaaresztuję za próbę uwiedzenia policjanta na służbie!- Gdy Henry próbował nachylić się, by pocałować ukochaną, zauważył pojawiające się w dymie coś... Jeden z Fomoraigów, tych świńskich demonów, zmaterializował się w jego gabinecie. -O Boże, a to co?- Zawołał na ten widok. -Co, mam pryszcza?- Zapytała Paige. Henry tylko nerwowo kiwał głową. Paige odwróciła się. -O, matko!- Wykrzyknęła na ten widok. Potwór rzucił się na nich, z ogromnym świńskim kwikiem. Obydwoje uskoczyli w róg pokoju, podczas gdy potwór zniszczył dyspozytor z wodą. -Co to jest, do licha?- Zapytał Henry, leżąc obok Paige. -A żebym ja wiedziała? Już dawno nie widziałam czegoś tak odrażającego!- Potwór znów skoczył, przeskakując nad biurkiem, schwycił niemal ludzkimi łapami za ubranie młodej czarownicy. Ta nieumyślnie dotknęła obleśnej skóry potwora, używając swojej mocy leczenia, która jednak na potwora zadziała odwrotnie- zaczęła go niszczyć. "Coś" w kwiku odskoczyło, wypalając się w rogu na wiór -Muszę się dowiedzieć co to znowu za diabelstwo. I dlaczego mnie atakuje! -Przecież już nie jesteś Czarodziejką!- Powiedział Henry, wstając razem z nią. -Wygląda na to, że jeszcze nie wszyscy w podziemiu o tym wiedzą. W innym miejscu, Prue siedziała na murku w parku, fotografując pejzaże. Właśnie uchwyciła świetny detal światła, przenikającego między drzewami, gdy poczuła swąd wędzonej wieprzowiny. Pociągała przez chwilę nosem. -Co jest grane? Co tu tak czuć?- Nie zauważyła skradającego się za nią świńskiego potworka. W końcu jednak poczuła jego oddech na plecach i spojrzała do tyłu. Krzyknęła w panice, gdy zobaczyła skaczącego na nią potworka, po czym odruchowo teleportowała się pomiędzy drzewa z tyłu. Potwór spadł z murka, ale po chwili znów się na niego wdrapał. Prue bez namysłu użyła swojej telekinezy, nadziewając potwora na gołą gałąź jesiennego drzewa. Ten chwilę pokwiczał, znikając w dymie. -Co to miało być za diabelstwo? Nieważne, muszę lecieć do domu!- Prue raz jeszcze spojrzała na drzewa i właśnie znikające między nimi Słońce. -Cholera, straciłam przez to świństwo taki wspaniały widok... Phoebe wtedy znajdowała się w P3, próbując wszystkim pokierować. Rozmawiała właśnie przez telefon z Piper. -Ale naprawdę, Piper, zrozum mnie, nie nadaję się do prowadzenia klubu! Nie jestem przedsiębiorcza! Pamiętasz, jak byłam nastolatką upijałam się, prowadzałam z nieodpowiednimi facetami... Jestem nieodpowiedzialna! Dobra, wiem, zmieniłam się, ale jednak...- Piper rzuciła słuchawkę. Phoebe tylko warknęła, odkładając swoją. -Jak ja mam to wszystko poprowadzić? Wcale się na tym nie znam! Ach, te zmienne nastroje ciężarnych kobiet...- Phoebe zbulwersowana weszła do toalety, wyciągnęła szminkę i zaczęła poprawiać makijaż. Tymczasem w jednej z kabin pojawiła się smuga dymu... Drzwi się otworzyły, a z nich wyszedł kolejny Fomoraig, starając się zachować ciszę. Phoebe spokojnie, niczego nieświadoma, dalej poprawiała makijaż, kiedy poczuła ten sam swąd. Niczego jednak nie mówiła, aż nie dojrzała skradającego się za jej plecami potwora. Przestraszona, odwróciła się gwałtownie i spojrzała w jego oczy. -Ktoś ty?- Zapytała odruchowo. On jednak nic nie odpowiedział i z kwikiem rzucił się na nią. Ona jednak wylewitowała do góry, a Fomoraig uderzył z całej siły w kran, wyłamując go. Phoebe stanęła znów na podłodze, przyglądając się kwiczącemu potworowi, uciekającemu od wody... Ta jednak niczym kwas wypaliła jego skórę, a potwór zamienił się w garstkę popiołu. Phoebe nie mogła się otrząsnąć z tego wrażenia. -Co do licha... Kolejny diabelski atak!- Wtedy spojrzała na tryskającą w górę niczym fontanna wodę z urwanego kranu- Andy, Andy!- Zaczęła wołać. Po kilku sekundach, on się pojawił. Phoebe tylko machinalnie puknęła go w ramię, wychodząc- Napraw kran- Powiedziała. Pech chciał, że telefon Piper nie odpowiadał... Sama Piper właśnie kładła słuchawkę na boku. -Nie, moja droga, jak nie umiesz poprowadzić klubu, nie będziesz wykręcać się sianem!- Piper ostrożnie zawróciła i podążyła do kuchni, próbując gotowanej właśnie zupy. Wtedy jednak poczuła swąd wędzonej wieprzowiny... Raz jeszcze spróbowała zupy. -Nie, zupa jest w porządku... Więc co tu tak śmierdzi?- Czarodziejka usłyszała kwiki za sobą. Ostrożnie złapała za nóż, który jednak szybko puściła. -Leo?- Próbowała zgadywać- Wyatt? Chris?- Gdy jednak kwik był coraz głośniejszy, zdawała sobie sprawę, że to nikt z jej rodziny. Powoli odwróciła się, spoglądając w końcu na potwora. Gdy ten próbował na nią skoczyć, Piper odruchowo machnęła rękoma, wysadzając świńskie plugastwo i obrzucając całą kuchnię jego zielonymi resztkami. -Świetnie... Teraz mam tydzień sprzątania!- Piper znów obróciła się, spoglądając na zaplamioną resztkami potwora zupę- Moja zupa!!!- Wykrzyknęła. Po niespełna pół godziny wszystkie cztery były znowu razem w domu, zastanawiając się, co mogło je zaatakować. -Twierdzisz, że unicestwiłyśmy kilka razy tego samego demona? Tak jak wtedy tego Cienia?- Zapytała Prue. -To bardzo możliwe. Wtedy kot zamienił się w czarnoksiężnika, a może teraz świnia, zważywszy na ten swąd i odgłosy?- Odpowiedziała Phoebe. Prue siedziała w fotelu, razem z Piper, a Phoebe stała naprzeciwko nich, Paige stała po drugiej stronie pokoju. -O czym mówicie?- Zapytała Paige. -Zaraz ci wszystko wyjaśnię- odpowiedziała Piper- Jeszcze zanim do nas przybyłaś, nawiedził nas pewien czarnoksiężnik, który miał dziewięć żyć, bo kiedyś był kotem...- Prue przerwała jej. -A nie sądzicie, że to jest coś zupełnie innego? Tamten zamienił się w całkowicie normalnego człowieka, a to... to był potwór! Odrażający, obleśny... To coś nie ma nic wspólnego z tym. Poza tym, Cień miał dziewięć żyć, bo był kotem. A świnia? -Coś w tym jest- Odpowiedziała Paige. Może lepiej sprawdźmy Księgę?- Po chwili wszystkie cztery były na górze, przeszukując za tym potworkiem. Phoebe udało się odnaleźć odpowiednią stronę: "Fomoraigi: 13 pozaziemskich potworów, przynoszących ból i udrękę, służą tylko demonom najwyższego poziomu, ale dość łatwo je zabić na Ziemi, gdyż nie są przyzwyczajone do ziemskich warunków. Każdy z nich po śmierci zamienia się w popiół..." -Rysunek idealnie wskazuje, że to jest to!- Powiedziała triumfalnie Phoebe. -No i Leo wygadał- Dokończyła Piper- Ale jeśli jest ich 13, a my unicestwiłyśmy zaledwie cztery... Co z pozostałymi dziewięcioma? -Na pewno jeden poszedł po Billie...- Powiedziała Paige- Lećmy tam!- Sama szybko się wyorbowała, a Prue zabrała swoją teleportacją pozostałe dwie siostry. Tymczasem Billie jeszcze się nie przebrała po pogrzebie- w czarnym, żałobnym ubraniu leżała na łóżku i rozmyślała nad tym, co przyszło jej przeżyć. W swoim umyśle wciąż widziała te sceny... Wciąż widziała Severina, który kumuluję swoją energię ze Źródłem, widziała jak on w końcu pokonuję przeklętą odrazę, ale sam polega po chwili na podłogę, wypowiada swoje ostatnie słowa, aż zamyka oczy... Nastaje chłód, który sprawia że chłopak znika w płomieniu, jak każdy demon. Spod jej zamkniętych powiek wydobywają się łzy, mimo że dziewczyna próbuje je jakoś wstrzymać w sobie. Nie udaje jej się powstrzymać emocji, gdy nagle odczuwa swąd wędzonej wieprzowiny. Otworzyła swoje mokre oczy, szukając źródła zapachu. Machnęła jednak na niego ręką i nie zauważyła skradającego się w ciemności potwora, który już byłby skoczył na nią... Wtedy jednak w pokoju pojawiły się siostry. Prue bez wahania użyła na potworze telekinezy, spychając go pod okno. Billie się ocknęła, słysząc huk. -Co wy tu robicie? Czemu nie dacie mi spokoju?- Wstała, od razu z pretensjami. -Nie do nas te słowa. Do niego- Paige wskazała na leżącego w rogu Fomoraiga. -A to co za piekielne monstrum?- Zapytała Billie, stając obok sióstr. -Fomoraig. Lepiej, żebyś nie wiedziała więcej. Załatw to!- Krzyknęła Phoebe. Billie w panice machnęła ręką, uruchamiając lampę, która przebiła potwora na wylot. Ten w kwiku zamienił się w kupę popiołu... Billie już chciała znów położyć się na łóżku, jednak Paige ją zatrzymała. -Słuchaj, Billie, nie możesz ciągle się umartwiać. Wiem, że ta tragedia cię dotknęła, ale nie możesz się tak dłużej umartwiać. Gdyby nie my, już byś zginęła. Złe rzeczy się dzieją na świecie, ale trzeba żyć dalej. Wyobraź sobie, jakby wyglądał świat, gdyby wszyscy popadali w depresję po każdej stracie- Billie uścisnęła rękę Paige, po czym przyjęła uścisk wszystkich sióstr. -Wiem, zdaję sobie sprawę, ale nie oczekujcie, że tak łatwo to przeminie. Muszę swoje przecierpieć, potem będę mogła myśleć o zmianie mojego podejścia!- W całym tym bałaganie, nagle pojawił się Andy, dotykając Billie pleców. -Słuchaj, ja też muszę ci coś powiedzieć. Severin... w pewnym sensie... żyje. -Jak to?- Zapytała zaskoczona. -Niektóre, wybitne jednostki, nigdy nie odejdą całkowicie. Zawsze pozostawiają po sobie coś... Jakiś ułamek swojego dawnego ja. Severin jest gdzieś tu, z wami, ale wybiega on nawet poza percepcję duchów światłości. On jest teraz... czymś więcej. I jeszcze go spotkacie. Zanim Billie zdążyła się oswoić z tą myślą, w pokoju dało się usłyszeć nieziemski huk... Jakby przyciszony start odrzutowca- w zielonym świetle, zaczęła się pojawiać jakaś postać. W końcu wyłonił się z tego Eredar, Plugawca przywany przez Tempusa. -Co tu się dzieje, na wszystkich przeklętych?- Zawołał demonicznym głosem. Siostry niedowierzająco przyglądały się tej dziwnej istocie- Na wszystkie głosy Piekła i najgłębszych Otchłani, jak pokonałyście aż pięć Fomoraigów?- Demon wpatrywał się w kobiety, nie uważając na Leo. -Nie twoja przeklęta sprawa, diable! -Ho, ho! Jakie śmiałe słowa! Wiedzcie, że jeszcze nie macie nas z głowy!- Demon znów wyparował, w tym samym zielonym świetle. Czarodziejki zdążyły tylko wrócić do domu i sprawdzić kolejną stronę księgi, która jednak zaczęła sama przewracać swoje kartki. -Co jest- Krzyknęła Piper- Jeśli babcia dostała nową inkarnację, co przewraca kartki? -Może inny pomocnik po tamtej stronie?- Zapytała Prue, sugerując czyjąś obecność. Księga Cieni ukazała następujący opis: "Eredarowie, Siedmiu Bogów Zła. Oprócz Źródła, najwyższe możliwe Zło do spotkania. Są wyjątkowo okrutni i przesączeni złem, kiedyś byli piękną i inteligentną rasą, parającą się białą magią, jednak w wyniku spaczenia spowodowanego przez Źródło, zamienili się w rasę demonów, niemal nieznisczalnych. Nie znany jest ŻADEN sposób by ich pokonać, więc jeśli spotkacie któregokolwiek z tego rodzaju, należy błagać Boga o ratunek. Pochodzącą z odległej planety Argus i dowodzą Płonącym Legionem, największą we Wszechświecie armią demonów, której nikt nigdy jeszcze nie zdołał pokonać, w jej płonącej krucjacie przez cały istniejący wszechświat, wszystkie światy na których postawili stopę, zostały wypalone. Do reszty." 10.2 EVIL NOT-DEAD (PART 2) W poprzednim odcinku: przypomnienie najważniejszych scen- skrót pogrzebu Severina, przybycie Tempusa do Eredarów, potem scena, gdy Plugawca Światów wysyła Fomoraigi przeciw Czarodziejkom, i sceny ich unicestwienia. W końcu scena, gdzie Andy uświadamia Billie, że Severin w jakiś sposób istnieje w wymiarze duchowym. Siostry wciąż stoją na strychu i oglądają obraz z Księgi Cieni, nie mogąc uwierzyć, jak wielkie zło mają przed sobą. W końcu jednak Paige przewróciła kartkę i wskazała szczegółowe informacje o tym Eredarze, którego spotkały- strona była nazwana "Plugawca Światów". Oto, co głosiła Księga: "Plugawca to jeden z najgroźniejszych i najbardziej przerażających z nich. Posiadł liczne bardzo niszczycielskie moce, włączając w to przerażająco podobne do mocy Czarodziejek. Został raz odesłany, ale za cenę życia mojej matki, Brianny Warren. Znane moce Plugawcy to: Teleportacja w strumieniu światła, Zdalna teleportacja, Kule energii, Telekineza, Molekularne rozbicie, Destrukcja mocą umysłu, Projekcja astralna, Wizje przyszłości, Kontrola umysłu, Zniewolenie duszy, Niezniszczalna skóra, Pole siłowe, Zdobywanie mocy przez morderstwo (jak czarnoksiężnik), Przywoływanie rzeczy i demonów, Przywracanie demonów do życia, Telepatia, Otwieranie Otchłani na wezwanie, Zmiana kształtu, Niewidzialność, Pirokineza, Istnieje poza czasem, Korumpowanie świętych relikwii, Glosolalia, Energetyczny wampiryzm, Wyzwalanie czyichś żądzy, Wzywanie klęsk żywiołowych, prawdopodobnie Zatrzymywanie cudzej teleportacji, Kriokineza i Lewitacja..." -Mam czytać dalej?- Zapytała Paige. -Nie! To wystarczy! Tylko końcówkę przeczytaj- Odpowiedziała na to Phoebe. -Może także, zupełnie jak zwykły czarownik, wypowiadać zaklęcia (w języku Eredun) i wyczuwać inne osoby. Jak każdego z jego rodzaju, nawet Źródło nie może go unicestwić... Co robimy?- Zapytała Paige. Piper złapała się za głowę. -Niemożliwe. Przecież to coś jest... niezniszczalne! Jeśli to diabelstwo nas zaatakuje... To będzie koniec! -Ma telekinezę i projekcję astralną- powiedziała Prue, nie dowierzając. -Istnieje poza czasem, czyli nie można go zamrozić, a sam umie rozwalać, jak ja...- powiedziała na to Piper. -Lewituje i ma wizje przyszłości- odezwała się Phoebe -I potrafi zdalnie teleportować przedmioty, jak ja. Jeśli tak jak każdy demon wysokiego rzędu, jest odporny na swoje własne moce, my jesteśmy wobec niego bezradne. Gdy siostry przerażone tą informację wpatrywały się w Księgę, jego obraz w kamerze powoli przerodził się w prawdziwe oblicze demona- Plugawca stał na szczycie jednego z wieżowców San Francisco i wpatrywał się w oszalałe wyścigiem szczurów miasto. Stał i patrzył w dół, śmiejąc się szyderczo. Wtedy pojawił się za nim Tempus. -Co porabiasz, Plugawco Światów?- Zapytał. Eredar bez odwracania się odpowiedział: -Czuję radość, gdy widzę jak ci wszyscy marni ludzie gdzieś pędzą... Ani na chwilę się nie zatrzymają, by pomyśleć o życiu... Tak pędzą za dobrami doczesnymi... Nic innego się dla nich nie liczy. Co powiesz na to, by trochę ich jeszcze popędzić?- Tempus stanął obok Plugawcy. -Jeszcze bardziej? -Tak... Niech odczują swoje żądze, jak jeszcze nigdy przedtem... Niech wszyscy śmiertelnicy się w nich zagubią... -Dlaczego to robisz? -Żeby zniszczyć Ziemię, wcale nie trzeba Demonicznego Legionu. Wystarczą sami ludzie. W ich sercach są demony po stokroć potężniejsze od wszystkiego, co znasz... Wystarczy tylko pozwolić tym demonom ujrzeć światło dzienne. -Więc czyń swoją powinność...- Tempus wyparował po tych słowach, a Plugawca wytaczał łapami koła w powietrzu. -Naruzalug ertmenagar ea nah kalmis, Tardum na karas ea franmis, Genothovag shargas san'dir omkhaarad, Vuunthrang namre zubiram sthansad, Io e manda!- Demon wypuścił ręce przed siebie, wypuszcając z nich różnokolorowe fale, rozpierzchające się po całym mieście. -Tak jest! Śmiertelnicy!!! Pokażcie prawdziwe zło, które w was tkwi!!!- Wrzasnął demon na koniec. INTRO SEZONU 10 Tymczasem Billie opuściła swój dom, nie zważając na czyhające niebezpieczeństwo. Jakby zapominając, co od niedawna dzieje się dookoła, szła przez miasto, w jakimś nieznanym celu. Wtedy zauważyła coś dziwnego- grupa młodych ludzi właśnie wybijała szybę od sklepu z RTV. Największy z nich wyciągnął ze sklepu duży, plazmowy telewizor i władował go na motor. -Wiesz- odezwał się do drugiego- zawsze o tym marzyłem, ale jakoś nigdy nie miałem odwagi tego zrobić!- Drugi spojrzał na trzeciego i powiedział do niego. -Choć, skopiemy jeszcze tego sprzedawcę. -Po co?- Zapytał tamten. -Jak to po co? Żeby się wyżyć za to, że nas ten cymbał dyrektor wywalił ze szkoły!- Oboje wpadli do sklepu przez wybitą szybę. Billie nie wiedziała co robić w obliczu takiej sytuacji, ale od śmierci Severina nie chciała mieć nic wspólnego z magią- wyciągnęła więc tylko telefon i zadzwoniła na policję. Jednak głos w słuchawce odpowiedział bynajmniej przyjaźnie. -Czego?- Odpowiedział. Billie zdziwiona odsunęła komórkę od ucha, gdyż policjant niemal krzyczał. -Chciałam zgłosić przestępstwo. -A co mnie to gówno zasrane obchodzi? -Jak to... To ja nie dodzwoniłam się na policję? -Może tak, może nie... Całe życie odbieram telefony od jakichś sfrustrowanych emerytek, którym kanarka kot zeżarł... Odwal się pani, idę do kręgielni- Policjant odłożył słuchawkę. Billie, chcąc nie chcąc, musiała wkroczyć do akcji. Weszła więc śmiało do sklepu i zobaczyła dwóch młodych bijących starszego sklepowego. -Hej, przestańcie!- Zawołała do nich. Jeden tylko na chwilę spojrzał na nią. -Odwal się, kur**, bo tobie też zryjemy facjatę, laska!- Billie zbulwersowała się takim tekstem. Bez wahania użyła telekinezy do odepchnięcia obydwóch od sprzedawcy. Wtedy jeden wstał i poszedł w jej kierunku. Billie i jego odrzuciła telekinezą, tym razem dużo dalej. Obydwoje się przestraszyli i wzięli nogi za pas. Tylko jeden zdążył spojrzeć w oczy młodej czarownicy, ukazując... czerwone źrenice. Tymczasem Piper próbowała jakoś przedostać się przez P3 do siedzącej w środku Phoebe. Z trudem jej się to udawało, przez tłumy krzyczących i wandalizujących klub gości. W końcu spojrzała w oczy jednego z nich... przestraszona czerwonymi źrenicami, rozepchała się łokciami i dostała się do gabinetu, gdzie siedziała skulona Phoebe. -Co to ma być? Klub opętał diabeł?- Krzyknęła, zamykając za sobą drzwi. Phoebe tylko przełączyła kanał w telewizorze. -Nie klub. Spójrz na wiadomości!- Piper usiadła na fotelu naprzeciwko Phoebe. Dziennikarka w telewizorze mówiła: -W całym mieście zapanowała totalna anarchia. Ludzie rzucili się kradzieży, wandalizmów i aktów przestępstw w biały dzień. Nad wszystkim nie panuje nawet policja, która zdaje sama się oddawać rozrywkom... Proszę spojrzeć na policjantów!- Kamera pokazała dokładnie twarz dziennikarki, której źrenice właśnie zaświeciły się na czerwono- Co oni tam robią? Czy oni chcą zgwałcić kobietę?- Dziennikarka rzuciła mikrofon i popędziła w ich stronę- Halo, chłopaki, nie musicie nikogo gwałcić- dało się z trudem usłyszeć. Kamera zaraz potem upadła na ziemię, najwyraźniej rzucona bezładnie, a ledwo widzialne nogi kamerzysty popędziły za dziennikarką. Transmisja została przerwana. -Co to ma być?- Mówiła powoli, słowo po słowie, Piper patrząc na telewizor. -No właśnie. Coś rzuciło klątwę na to miasto, bo programy z Los Angeles nadają już normalnie. -Coś? Mówisz, jakbyś nie wiedziała co to! -Myślisz, że to ten... Niezniszczalny?- Gdy one rozmawiały, w pokoju pojawił się Leo i od razu złapał Piper. -Piper, kochana, nic ci nie jest? -Całe szczęście nie, co tak późno? -Nie mogłem wcześniej. Dzieje się coś dziwnego. Słuchajcie... -Wiemy!- Odpowiedziała Phoebe- Klub za chwilę legnie w gruzach przez nich. Leo, co się stało? -Ktoś ze Starszyzny widział Plugawcę, tego demona którego znaleźliście w Księdze. Ten demon wypowiedział jakieś zaklęcie w swoim języku i... wtedy to się stało. -Co my mamy teraz zrobić?- Zapytała Piper, słysząc kolejne dobijanie się do drzwi. -Musiałybyście stanąć tam, gdzie demon, gdy wypowiadał zaklęcie i wypowiedzieć to samo od tyłu. -A jak mamy się tam dostać? Chyba nie znowu się przebijać przez ten tłum?- Gdy dwóch osiłków wyważyło drzwi, Leo złapał Piper i Phoebe. -Znam szybsze sposoby. Ale teraz do domu, Prue nas potrzebuje!- Cała trójka wyorbowała, zostawiając osłupiałych osiłków na miejscu. W domu, na strychu, stała bezradna Prue i blokowała telekinezą drzwi, aby nikt przez nie nie wszedł. Wtedy pojawili się obok Leo, Piper i Phoebe. -Co się dzieje?- Zapytała Phoebe- Wandale nacierają na nasz strych? -Gorzej!- Wykrzyknęła Prue- To znów te kwiczące demony. Aż pięć próbuje tu się dostać. Piper, szybko, pomóż mi!- Mówiła. Wtedy Prue puściła drzwi, a jeden z prosiaków wpadł na strych. Piper szybko machnęła rękoma, wysadzając potwora. Pozostałe cztery zostały na dole. -Czyli co robimy?- Zapytała Phoebe- Rozwalamy świniaki, czy odwracamy zaklęcie? -Jakie zaklęcie?- Prue nie wiedziała, o co chodzi. -Nie słyszałaś o tych zamieszkach? Wywołał je ten... to coś, co wczoraj znalazłyśmy w Księdze Cieni! -Ten niezniszczalny? Więc on przechodzi do ataku? Przecież to będzie już koniec! -Niedosłownie, widać rzucił jakąś klątwę, żeby ludzkość sama się zniszczyła. -Co to ma być? Czy dla demonów cały świat ogranicza się do San Francisco? Wszystkie najpotężniejsze demony atakują tylko tutaj, jak jakaś klątwa, to tylko tutaj. Czy na tablicach wjazdowych pisze "W odróżnieniu od Los Angeles, my jesteśmy Los Diabolos, miasto demonów?"- Wszystkie trzy Czarodziejki podeszły do Księgi, a Phoebe szybko spisała na karteczkę zaklęcie unicestwiające potwory, które właśnie pustoszyły dom. Tymczasem Plugawca siedział na kolczastym fotelu w podziemiu, obok tronu Tempusa. Przyglądał się szklanej kuli. -Bardzo pięknie. Zniszczenie, zło, anarchia. Kocham to! Do zniszczenia większości światów potrzebowałem całej armii demonów, a ta planeta... Oni sami się zniszczą! Co za wspaniały gatunek... Jak już będzie po wszystkim, chyba zwerbuję sobie stąd dużo generałów!- Demon odłożył kulę i wstał, kierując się po cygaro. Gdy dotknął nieumyślnie ogonem Grimoire, nagle zamknął oczy i wzdrygnął się, tak jak Phoebe, gdy ma wizję- bo miał wizję. Wszystko wyglądało niemal identycznie jak te Phoebe, ale było to w czerwonych kolorach zamiast czerni i bieli. Zobaczył sześć czarownic wypowiadających jego zaklęcie od tyłu. Gdy szum w uszach ustał, a wizja zniknęła, demon znów drygnął. Tempus wstał ze swojego tronu i podszedł do niego. -Co się dzieje? -Miałem wizję. Te wiedźmy wzięły sobie jeszcze kogoś do pomocy i chcą odwrócić moją klątwę! Zabieramy się stąd, bo będzie po wszystkim!- Razem z Tempusem, oboje zniknęli na swój sposób. Siostrom jakoś udało się zapędzić Fomoraigi w jeden róg mieszkania. W końcu cała trójka stanęła naprzeciwko nich i wypowiedziała zaklęcie- cztery odrażające monstra po chwili wybuchły, obracając się w proch. Gdy już myślały, że mają chwilę spokoju... szybę wybił kamień, wpadając z impetem do posesji. -A to co? Kolejny demon?- Zapytała Prue. -Obawiam się, że nie tym razem!- Odpowiedziała na to Piper, widząc co się dzieje. Kolejny kamień wybił szybę w drzwiach frontowych, a ludzka ręka nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Ubrudzony krwią zapijaczony człowiek wszedł do domu. -Dawać fanty!- Krzyknął, ochrypniętym głosem. Prue odruchowo wyrzuciła go telekinezą za drzwi. -Przecież oni zaraz zniszczą cały dom!- Krzyknęła Phoebe. Obok Leo jednak pojawił się Andy. -Mamy specjalne polecenie od Starszych. Paige już znalazła Billie i Alex i zaprowadziła je na miejsce. Macie wspólnie, w szóstkę, wypowiedzieć to zaklęcie. Tylko wtedy jest szansa na odwrócenie takiej siły... -Alex? To ona jeszcze tu jest?- Zapytała Phoebe, spoglądając ostrożnie, czy znów ktoś nie próbuje się włamać. -Tak, gdy dowiedziała się o swoim... o tym, co wiem o Severinie, postanowiła jeszcze zostać, aż go odnajdzie. Ale nie mamy na to czasu, uciekajmy!- Gdy znów kilku ludzi się zbliżało do domu, z pomocą duchów światłości, wszyscy zniknęli, aby znaleźć się na dachu wieżowca. Na górze już stały Paige, Billie i Alex. Pozostałe siostry podbiegły do Paige. -Długo tu czekacie?- Zapytała Prue. -Wystarczająco- odpowiedziała zniecierpliwiona Alex- Starszyzna myśli chyba, że może nami pomiatać! -Starszyzna?- Odpowiedział zaskoczony Leo- Co ty mówisz? Przecież my tu jesteśmy, żeby odwrócić zaklęcie demona, które sprowadziło anarchię! -A wiesz, jak wyglądają moje czasy? Przyszłość, z jakiej przybywam to koszmar, koszmarny sen na jawie, to prawdziwe... piekło na ziemi. Ludzie zmienieni w demony, atakujące zewsząd potwory i demony... Ta anarchia, którą tu widzicie to tylko zalążek tego, co się zapowiada!- Leo podszedł do niej, łapiąc ją za ręce. -I dlatego musimy temu zapobiec. Czy nie lepiej by ci się żyło w innym, lepszym świecie? Może nie udało ci się uratować twojego ojca, ale wciąż możesz uratować swój świat!- Billie zmarszczyła brwi, słysząc to zdanie. -Co powiedziałeś? Jakiego ojca?- Alex wyciągnęła ręce z uścisku Leo, po czym podeszła do swojej matki. -Muszę ci coś powiedzieć... Ja... Jestem twoją córką. Twoją i Severina. Moim głównym celem było uratowanie go. -To znaczy, że... ja jestem w... -Tak, mamo, jesteś w ciąży. W ciąży, z której urodzę się ja. Jednak jest ona jeszcze bardzo wczesna i niczego nie widać- Billie zszokowana tą wiadomością od razu złapała się za brzuch. Cofała się bezmyślnie, ale zatrzymała ją Paige- Dobra, skopmy ten diabelski tyłek!- Powiedziała Alex spoglądając na próg budynku. Paige jakoś ocknęła swoją podopieczną, po czym cała szóstka dziewczyn stanęła dokładnie w miejscu, gdzie stał Eredar. Wtedy jednak pojawił się sam Eredar... Leo próbował się odezwać, ale ten tylko machnął swoimi łapami, używając na duchach światłości molekularnego rozbicia. Gdy ich orby uniosły się do "góry", by tam się złożyć na nowo, demon podążał wprost przed siebie... Dziewczyny już wypowiadały zaklęcie od tyłu, ale nagle Phoebe drgnęła, jakby miała wizję. Prue przerwała jako druga, zaraz za nią przestały pozostałe. -Co się stało? Miałaś wizję?- Zapytała Prue. -Tak jakby... Ale jakby coś ją zablokowało... Co to może znaczyć?- Alex zrobiła dziwnie groźną minę, po czym odezwała się głosem, który by pasował bardziej do Harpii niż do młodej kobiety. -Ja wiem, co to może znaczyć. Mam po ojcu też wyczuwanie zła...- Dziewczyna nagle się odwróciła i poszła naprzeciw Plugawcy. Pozostałe podążyły za nią. -Ty demonie... Przez takich jak ty mój świat jest koszmarem na jawie!- Mówiła wciąż tym samym, potwornym głosem- Przez takich jak ty zginął mój ojciec... -Akurat w śmierci twojego ojczulka nie maczałem palców. Nikt mu nie kazał zabijać jego ojca i zostawać demonem. -A mi- głos Alex zamienił się wręcz w potworny skrzek- kto kazał zostawać demonem?- W mgnieniu oka z jej czoła wyrosły dwa wielkie, zakręcone rogi, z palców pazury, a z pleców- skrzydła jak u nietoperza. Dziewczyna wyglądała jak najprawdziwszy diabeł... Pozostałe nie mogły uwierzyć w to, co widzą. -Ładne. Ale nie robi to na mnie zbyt dużego wrażenia... Demon najwyraźniej właśnie planował coś zrobić, ale Prue próbowała użyć na nim telekinezy- Wasze marne sztuczki na mnie nie działają!- Odpowiedział demon. Piper próbowała wtedy go rozwalić- To też nie. Jestem odporny na takie... drobiazgi!- Wtedy jednak Alex, rozwijając swoje demoniczne skrzydła, postąpiła naprzód. -A na to jesteś odporny?- Z rozpędu uderzyła pazurami w podobno niezniszczalną skórę Plugawcy, która jednak się zarysowała, wydając z siebie błękitną krew. -Dobre. Jak kot, lubię pobawić się z ofiarą, zanim ją zniszczę...- Plugawca na zmianę z dziewczyną wpadli w istny bojowy taniec, ciągle próbując uderzyć to drugie, jednak większość ciosów nie trafiała. W końcu jednak demon uderzył swoją mocarną pięścią w brzuch Alex, wyrzucając ją daleko do tyłu, tuż obok sióstr Halliwell. -No cóż, tym razem mnie zaskoczyłyście. A róbcie sobie co chcecie. Ale pamiętajcie- będę niczym wasz najgorszy koszmar- demon zmienił swoją postać w Shaxa- niczym najgorsze zło, jakie znacie- zmienił się w półtwarzowe Źródło- będę waszym cieniem, śledząc każdy was krok- zmienił się w Belthazora- nieważne, co zrobicie, pozostanę widmem- zmienił się znów w Zankou- wróżbą mrocznej przyszłości- zmienił się w Seurina, demoniczną postać Severina- przyszłości, która stoi przed wami- zmienił się spowrotem w siebie- i jest to przyszłość nieunikniona. Możecie ją tylko... opóźnić!- Demon zabłysnął w zielonym świetle, po czym zniknął z tego miejsca. Billie uklękła przy wracającej do swojej ludzkiej postaci Alex. Ta oczami zeszklałymi od łez spojrzała na swoją matkę. -Ja naprawdę nie chciałam być demonem... To nie moja wina, że taka się urodziłam. -Ale jakim sposobem?- Zapytała Billie. -Kiedy ja powstałam, mój ojciec był demonem... a ja teraz jestem pół-demonem. Wprawdzie jestem jedną z najpotężniejszych istot, jakie kroczą po świecie w mojej przyszłości, ale okupuję to tym... cierpieniem... Gdy emocje powoli ucichły, cała szóstka dokończyła zaklęcie, zakańczając anarchię spowodowaną przez Plugawcę. Miasto wracało do spokoju... Policja znów pilnowała porządku, aresztując winowajców, zamiast im pomagać. Siostry wróciły do domu, a Piper, spoglądając przez wybite okno, patrzyła na zrujnowane miasto. -I co teraz będzie?- Zapytała stojącego obok niej Leo. Ten swoim leczącym dotykiem naprawił okno. -Na razie będzie spokój. Miasto uleczy swoje rany, przynajmniej na razie, a nasza siła sprawi, że ludzie zapomną o bólu... -Ale to tylko tymczasowe. Nawet gdybyście to wszystko wymazali, to pozostanie faktem. A Plugawca będzie czekał na odpowiedni moment do ataku... W takiej przyszłości, o jakiej nam opowiedziała Alex, mają się wychowywać moje dzieci? -Nie martw się, Piper, jeszcze będzie dobrze... Już nie raz zmieniłyście przyszłość. Zrobicie to i teraz. -Oby- Zakończyła Piper. Tymczasem Alex przybyła do domu Billie. Ta bez słowa pokazała jej fotel. Alex usiadła, bacznie śledząc każdy ruch matki. -Czy teraz mi ufasz?- Zapytała Alex. Billie kiwała głową we wszystkie strony, jakby nie mogąc się zdecydować. -Wiesz... Za dużo ostatnio przeżyłam... Najpierw on... Teraz ty. To dla mnie za dużo. -Uwierz mi- Odpowiedziała dziewczyna- teraz Czarodziejki pójdą swoją drogą, a my swoją. Musimy odnaleźć mojego ojca, a twojego męża. Tylko z jego pomocą możemy zatrzymać to piekło, które się nam szykuje... Billie bez słowa podała rękę Alex. 10.3 I KNOW WHAT YOU DID THAT SUMMER Billie szła spokojnym krokiem, mijając kolumnę nagrobków. Ostrożnie przeglądała widniejące na nich napisy, poszukując tego jednego, szczególnego. W końcu stanęła naprzeciwko jednej, niepozornej płyty nagrobnej. Spojrzała na widniejący na niej napis "Severin Andrews". Patrzyła nań przez chwilę, ale odchyliła opadający na jej twarz czarny welon, po czym uklękła, kładąc tulipan, wyglądający na czarny. -Mój drogi- odezwała się- Nie wiem, co się teraz z tobą może dziać, ani gdzie jesteś, ale dzięki duchom światłości już wiem, że gdzieś jesteś... Sama nie wiem, czy to źle czy dobrze... Pewnie byś wolał, żeby twoja dusza zaznała w końcu spokoju... Ja chyba też wolała mieć chociaż taką pewność- Gdy kończyła to zdanie, za jej plecami pojawił się on, Severin, w półprzezroczystej, jakby duchowej postaci. Patrzył na nią przez chwilę, aż uklęknął za nią. -Gdzie jesteś, kochany?- On lekko dotknął swoimi rękoma jej ramion. Poczuła lekki chłód, wiedząc o jego nienaturalnym pochodzeniu. -Jestem zawsze z tobą- Szeptał na ucho- Zawsze pilnuję ciebie i Alex, bo wiem kim dla mnie jesteście. Nie stanie wam się krzywda, moja jedyna miłości. -Nigdy nie miałeś innej kobiety... Ciągle wychowywał cię ten psychopatyczny Gideon... Wiem, że ciebie też to boli...- Severin zaczął swoimi rękoma przewodził powoli w dół, dochodząc do bioder. -Nie myśl teraz o bólu. Myśl teraz o tym, co dobre- Billie, choć nieświadomie, odpowiadała na jego słowa. -Nie umiem teraz myśleć o dobrze... Zło jest coraz potężniejsze. Na nic, że Czarodziejki walczą z nim od wielu lat... Ich jest coraz więcej i są coraz silniejsi... To koniec... -Nie możesz tak myśleć!- Przeniósł swoje ręce na brzuch- Mam teraz wiedzę większą niż bym chciał... Zbliża się czas ostatecznego rozliczenia, ale możecie je rozstrzygnąć na korzyść dobra. Wtedy jednak Billie zauważyła kroki nadchodzącej z daleka Alex. Severin też to zauważył i wiedząc, że córka go wyczuje, zniknął z tego miejsca, jakby używając lśnienia. Alex podeszła do Billie, która natychmiast wstała. -Co robisz?- Zapytała Alex. -Musiałam mieć jakiś kontakt z nim... Choćby podświadomy... -Czarny tulipan?- Znów zapytała dziewczyna. -Tak. On zawsze mi mówił, że jestem jedyna i niepowtarzalna, jak czarny tulipan... A ja odpowiadałam, że to on jest wyjątkiem... Dobrym czarnoksiężnikiem. -Jeśli chciałaś mieć z nim kontakt, mam lepszy pomysł. -Jaki pomysł może być lepszy? On umarł, więc grób... -Czy ty nic nie rozumiesz? Dzisiaj jest 18 października, dzień jego urodzin. Jeśli kiedyś możemy nawiązać z nim kontakt, to tylko dziś!- Alex i Billie po chwili szybkim krokiem odeszły, wychodząc z cmentarza. Tymczasem Plugawca szedł brzegiem jeziora. Gładząc macki swojej brody, wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze wody, tylko odbicie płonęło- on sam nie. Prawdopodobnie odzwierciedlało ono potworność jego duszy. W końcu uklęknął nad brzegiem, patrząc wprost w swoje oczy. -Nad tym jeziorem zginęła matka Czarodziejek. Tu stał się jeden z najgorszych koszmarów ich życia. A co, gdyby ten koszmar powtórzyć? Wprawdzie unicestwiły wodnego demona, ale...- Demon zanurzył swoje pazury w wodzie, a one się zaświeciły. -Surogat 'aman, nadarak' thul nermazz, aspirath quandi vora eo'xar!- Z potwornego zaklęcia, demon wynurzył swoje łapy, formując z kropli wody dziwny kształt. Krople zaczęły tańczyć pod jego dyktando, aż uformowały się w człekokształtną istotę, z której ostatecznie wyłonił się człowiek o białych włosach, w powłóczystej, srebrnej szacie. Spojrzał on groźnie na demona. -Kim jesteś i dlaczego mnie przywróciłeś? -Czyżbyś nie poznawał? Jestem jednym z Dajtjów, bogów zła. Przywróciłem cię do życia, abyś jeszcze raz zgnębił Czarodziejki. -One mnie już raz unicestwiły... Znają moją słabość! -Nie martw się, moi podopieczni już zajęli się tym, aby ich dom odciąć od elektryczności. Będziesz mógł bezpiecznie utopić je wszystkie. Po kolei. INTRO 10 SEZONU W międzyczasie, Piper próbowała zajmować się klubem. Gdy chciała przenieść duży karton, pełen szklanek, pojawił się obok niej Leo. Zabrał jej karton i postawił na ladzie, obok. -Piper, co robisz? Jesteś w wysokiej ciąży! Nie możesz nosić ciężarów! -Ale Leo, nie może mnie ciągle ktoś wyręczać! Muszę coś zrobić... sama. -Nie, kochana, nie teraz. Teraz musisz odpoczywać. Jak już będzie po wszystkim, pozwolę ci na co chcesz, ale nie teraz!- Piper odsunęła Leo od siebie. -Dobra, ale... nie rozumiesz. -Wracajmy lepiej do domu, dobrze? Zostawmy klub dla obsługi!- Leo zabrał kurtkę Piper i, nieco ją zmuszając, nałożył ją na jej ramiona i szybko wyszedł, nie zauważając że są z daleka obserwowani. Gdy jedna z dziewczyn z obsługi przechodziła obok kwiatu, wdepnęła w dziwną, błyszczącą kałużę. Spojrzała na sam kwiat. -Heather znowu przelała wodę w kwiecie... Chyba ją zabiję!- Gdy jednak ona poszła dalej, z kałuży wynurzył się duży kształt, formując się w ludzką postać. Owa postać rozejrzała się ostrożnie, znów kształtując się w białowłosego mężczyznę. -Głupcy. Nie spodziewają się absolutnie niczego!- Wodny demon znów zamienił się w kałużę, po czym wypłynął w kierunku drzwi wyjściowych z P3. Alex stanęła razem z Billie obok jej Księgi. Przekartkowała tę parę stron, po czym spojrzała na matkę. -Mało- krótko skomentowała. Billie zamknęła Księgę. -Sama wiele więcej nie zdążyłam zapisać... Poza tym, wiele z tych zaklęć to zło, podyktowane przez Dumaina. Na pewno... -Wiem, kto to Dumain. W moich czasach Księga wygląda zupełnie inaczej. Jest dużo potężniejsza, dużo większa. I złych zaklęć Dumaina tam nie ma. Musiałaś dużo dodać w niedalekiej przyszłości. -Ale w czym ta Księga- Billie dość nerwowo odepchnęła stojak z Księgą- ma nam pomóc? Przecież tam nawet nie ma żadnych zaklęć, które mogłyby pomóc w... -Może nam pomóc, wbrew pozorom. Powiedz mi, on dotykał Księgi? -Dotykał, ale... -Zaczekaj, dotykał tej Księgi, kiedy był razem z tobą? -Oczywiście. -A wpisał do niej choć jedno zaklęcie?- Billie na te słowa zaczęła nerwowo przewracać kartki, w końcu odkrywając kilka napisanych po łacinie słów, niepozorny wierszyk. Alex wiodła palcem po literach, odkrywając unikalny styl swojego ojca- Jeśli odnajdziemy wystarczająco dużą energię... Wystarczająco dużo przedmiotów z nim związanych, będziemy mogły choć na chwilę go przywołać. Tylko on może być wskazówką do celu. Do ratunku przed Plugawcą i jego Legionem... Billie i Alex dotknęły Księgi, a dokładniej strony z zaklęciem wpisanym przez Severina. Po chwili obie wypowiedziały znane dobrze zaklęcie, przywołujące ducha. -Hear these words, Hear my cry, Spirit from the other side, Come to me, I summon thee, Cross now the great divide. W pomieszczeniu pojawił się słup dymu, szalejący dookoła. Gdy zaczął się kształtować, Billie zobaczyła w nim jakby twarz... -Severin?- Wykrzyknęła. -Nie... -To nie ty?- Zapytała. -Nie czas. Jeszcze nie czas...- Z dymu dobył się jedynie okrzyk, po którym cały zniknął. Obydwie kobiety bezradnie wpatrywały się w to miejsce. -Obawiam się, że jego odejście było czymś więcej, niż tylko śmiercią... On ma tam jakieś ważne zadanie...- Podsumowała Alex. Piper wróciła do domu pod pieczą Leo, by spotkać na miejscu Prue, która samotnie oglądała telewizję. Prue już od progu usłyszała nieustającą rozmowę Piper i Leo. -Ale nie możesz mnie wiecznie wyręczać! Leo, ja mam swoje życie i swoje potrzeby. -Mówisz, jak gdybyś nigdy przedtem nie była w ciąży, musisz o siebie dbać. -Leo, a ty nie pamiętasz jak w dniu, w którym urodziłam Chrisa, walczyłam z demonami?- Prue wyłączyła telewizor i podeszła do rozmawiającej pary, nie zauważając kałuży, która właśnie pełzła przez pokój. -O co wam chodzi?- Zapytała- Znowu o to samo?- Piper zrzuciła swoją kurtkę, wprost na barki Leo. -Ona wcale o siebie nie dba!- Powiedział Leo do Prue, gdy Piper szła w kierunku kuchni- Ja rozumiem, te nowoczesne kobiety, ja też idę z duchem czasu, tylko dzięki temu jestem z Piper... Pamiętasz to pytanie, czy lubię kobiety, które robią pierwszy krok... Ale, litości, ona powinna dbać o siebie. O dziecko...- Prue poklepała go lekko po ramieniu. -Leo, i co? Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłeś? -Chyba nigdy się do tego nie przyzwyczaję!- Leo poszedł razem z Prue do pokoju. Tymczasem Piper, nieświadoma obecności tajemniczej kałuży, która schowała się w cieniu kwiatu, spokojnie zaczęła przygotowywać sobie herbatę. Gdy próbowała włączyć czajnik elektryczny, ten jednak nie chciał się włączyć. -Co się dzieje?- Do kuchni weszła Phoebe. -Czajnik się zepsuł?- Zapytała. -Nie wiem... Nie chce się włączyć!- Phoebe próbowała go przestawić, ale to nie pomagało. -Ja też nie rozumiem. Weź gazowy czajnik!- Dziewczyna złapała za szklankę z wodą, co uruchomiło u niej wizję. W widoku tym ujrzała wodnego demona, który właśnie topił Piper. Gdy wizja się skończyła, ta krzyknęła z wrażenia. Piper spojrzała na nią przejęta. -Miałaś wizję? -Tak, ale... To niemożliwe. -Co widziałaś? -Pamiętasz wodnego demona? Tego, który zabił naszą matkę? -Pamiętam, ale Prue go unicestwiła! -No właśnie- Piper dostrzegła formującą się za plecami Phoebe istotę z wody- dlatego mówię, że to niemożliwe. -Możliwe!- Powiedziała Piper. -Ale w jaki sposób? -Nie wiem, ale to możliwe, bo on właśnie się pojawił za twoimi plecami!- Phoebe gwałtownie odwróciła się, spoglądając na demona, który przybrał swoją ludzką formę. -Zemsta, przeklęte wiedźmy...- Zdołał tylko wydusić demon, gdy Piper odruchowo machnęła na niego rękoma, rozsadzając go na setki małych kropelek. Wtedy do kuchni wpadli Prue i Leo. -Co tu się dzieje? Telewizor zgasł, ja tu słyszę jakieś krzyki...- Prue rozejrzała się dookoła- Czemu tu wszystko jest mokre? -Piper właśnie unicestwiła wodnego demona...- Powiedziała Phoebe, podchodząc do Prue i Leo. -Wodnego demona? Tego samego, którego ja unicestwiłam tyle lat temu? -Dokładnie. Nie wiemy, w jaki sposób wrócił, ale...- Zanim Phoebe zdążyła dokończyć zdanie, wszyscy zauważyli, że małe kropelki zaczęły zbierać się w całość, powoli składając się w większe grupy, które składały się w jeszcze większe grupy. -Nie chciałabym wam przeszkadzać, ale czy... on się przypadkiem nie zbiera spowrotem?- Wszyscy czworo wyszli z kuchni, a demon poskładał się całkowicie. Już chciał iść za siostrami, ale zatrzymał go Plugawca, który pojawił się jakby znikąd. -Gdzie idziesz?- Odezwał się do niego. Wodny demon spojrzał na Plugawcę. -Jak to gdzie? Idę dokończyć misję, na którą mnie wysłałeś. -Ahmeddinie, masz być odważny, a nie głupi! Jeśli teraz za nimi pójdziesz... One cię unicestwią! -Nie zdążą! Będę sprawniejszy i szybszy!- Demon wodny zamienił się spowrotem w kałużę i w tej postaci wypłynął w kierunku schodów na górę... -Kretyn. Jeszcze jeden demon stracony. Widzę, że te ziemskie demony są same sobie winne tych porażek. Brawura!- Plugawca zniknął, jak miał w zwyczaju, w snopie zielonego światła. Tymczasem, gdy siostry walczyły z demonem wodnym w kuchni, przed Księgą Cieni pojawił się w duchowej postaci Severin, przewracając kartki. Szukał wyraźnie czegoś szczególnego. Wtedy jednak naprzeciw jego pojawiła się Patty, matka Czarodziejek... -Co ty tu wyprawiasz... czarnoksiężniku? -Nic cię to nie powinno obchodzić!- Odkrzyknął Severin, błyskawicznie przewracając kartki. -Ej! Przewracasz właśnie karty mojej rodowej Księgi Cieni! -Mam do niej takie same prawo, jak ty!- Odpowiedział chłopak. -Niby z jakiego tytułu? -Jestem prawnukiem Brianny Warren, a wnukiem tej, jak ty ją nazwałaś, swojej ulubionej ciotki. -A więc to ty... Dlaczego jesteś... duchem? -Nie jestem do końca duchem. Jestem czymś więcej. Ale teraz mi pomóż, bo twoje córki za chwilę zginą, jeśli nie znajdę tego, co chcę!- Patty w końcu przystała na jego propozycję i stanęła obok niego. -A czego ty wogóle szukasz? -Pamiętasz przyczynę swojej śmierci? To Ahmeddin, przybył męczyć je, znowu!- Gdy tylko odnalazły stronę nazwaną Ahmeddin, siostry wparowały gwałtownie na strych, dostrzegając tylko opadające właśnie kartki Księgi, nie wiedząc znów, kto je przewracał. Demon bezmyślnie wpłynął po schodach na górę, materializując się dokładnie naprzeciwko Księgi Cieni, kiedy siostry wypowiedziały długo oczekiwane zaklęcie. Ze wszystkich stron strychu zaczęły ściągać błyskawice, które wcelowały wprost w środek Ahmeddina. Ten w krzyku unicestwienia zdołał powiedzieć tylko jedno: -To nie koniec! Dzięki moim znajomościom ja znów powrócę!- Demon zamienił się w parę, aby ostatecznie zniknąć, wbrew zapowiedziom. Billie i Paige tymczasem spoglądały przed siebie w okno. Po wielu godzinach, minęła północ, a Alex spojrzała na Billie. -Straciłyśmy swoją szansę. Jego urodziny się zakończyły. I co teraz?- Zapytała Billie. Alex tylko ostrożnie spojrzała w okno. -Jeszcze nie wiem, ale coś wymyślę. Jeszcze coś wymyślę! Choćby nie wiem z kim miałabym się zbratać, odnajdę go, tylko on może uratować przyszłość!- Billie nieufnie spojrzała w twarz swojej córki. -Nawet z demonami? -Jednego demona już mamy, mnie. I tylko moje demoniczne moce mogą pomóc. -Ale dlaczego twierdzisz, że on może... zniszczyć niezniszczalnego demona? -Zapomniałaś jak potężne moce wchłonął przed śmiercią? Jeśli jako duch ma dostęp do tamtych energii, to zdoła skanalizować je, tak jak zniszczył Źródło... -Ale to kosztowało go życie!- Krzyknęła Billie, wstając. -Nie martw się. Odnajdzie sposób. Nie takie rzeczy robił...- Nawet nie wiedziały, że on znów stoi za nimi. -Nie przeceniajcie mnie... Ja mam inne zadanie!- W końcu zniknął. 10.4 BABY BOOM Prue, Piper i Phoebe najwyraźniej przed kimś uciekają w ciemnym zaułku. W końcu dotarły na jego koniec, gdzie zaczęły nerwowo się rozglądać. W końcu Piper złapała się za brzuch. -Co się dzieje?- Zapytała ją Prue. -Nie, nic. Tylko jakiś chwilowy skurcz. -Na pewno? -Na pewno. Nie mamy teraz czasu na chorowanie, Xander zaraz tu będzie!- Odpowiedziała Piper wyciągając woreczek z miksturą. Wtedy tuż za jej plecami pojawił się w charakterystycznym "błyśnięciu" czarnoksiężnik o bardzo gęstym, acz krótkim, ciemnym zaroście, ubrany w skórzaną kurtkę i spodnie, jak typowy motorowiec. -Czekałyście na mnie?- Gdy Piper odwróciła się i zamachnęła ręką, aby rzucić w Xandera miksturą, ten tylko machnął ręką, uruchamiając telekinezę. Woreczek wypadł z ręki Czarodziejki i uderzył w chodnik, rozchlapując miksturę. -I co teraz?- Zapytała Phoebe. Czarnoksiężnik jednym ruchem ręki "przyzwał" mały sztylet, którym ugodził Piper między żebrami, po czym odskoczył do tyłu. Prue wyzwoliła swoją telekinetyczną falę, odrzucając go na stojące w rogu skrzynie i ogłuszając go. Wtedy przyorbował Leo, ze swoim okrzykiem "Piper!" Ledwie zdążył uzdrowić swoją żonę, gdy usłyszeli charakterystyczny świergot... Duch ciemności Xandera zjawił się na wezwanie. Bez słowa wystrzelił swoją strzałę prosto w kierunku Leo, który w ostatniej chwili wyorbował. Strzała uderzyła w ścianę. -Jeszcze ma do pomocy ducha ciemności? Nie cierpię, kiedy się miotają. Przecież i tak zginą!- Piper odruchowo próbowała wysadzić ducha ciemności, i wysadziła go, ale- tak samo jak duchy światłości- zaraz zebrał się do kupy, szukając kuszy. Prue telekinetycznie przyciągnęła kuszę do siebie po czym sama z niej do niego strzeliła. Demon wybuchł od uderzenia własnej strzały. Wtedy wstał czarnoksiężnik... Jego Piper rozwaliła bez trudu. Wtedy, po zniszczeniu wrogów, wrócił Leo i zobaczył stękającą i leżącą na chodniku Piper. Przykucnął przy niej. -Co się dzieje?- Piper, cała zarumieniona, z nadętymi policzkami, spojrzała na niego jakby wrogo. -Zaczęło się... -Co się zaczęło? Zatruli cię czymś? -Wody mi odeszły. -Wody? Jakie wody? -Wody mi odeszły, idioto, nie rozumiesz?- Krzyknęła mu wprost do ucha. On dopiero zrozumiał. -Wody... O, Boże! Poród!- Leo złapał Piper, wziął ją na ręce i wybiegł z zaułka. Phoebe tylko spojrzała na ich znikający cień. -Czy nie szybciej by było, gdyby się wyorbowali? -Pewnie tak, ale wiesz, jak rodzi ci się dziecko, nie myślisz logicznie... -Skąd wiesz? -Nie wiem, zgaduję. INTRO 10 SEZONU Plugawca nerwowo krąży po Lochu Źródła, spoglądając co rusz na drzemiącego Tempusa. W końcu się zatrzymał i wrzasnął swoim demonicznym głosem: -Budź się, czarowniku diabła!- Tempus powoli, ospale otworzył oczy, w końcu spoglądając na Plugawcę. Równie powoli poprawił się na tronie, w końcu przesuwając coś na pobliskim ołtarzyku, bez ruszania się z miejsca. -Czego znowu? -A jak myślisz? Te wasze ziemskie demony i ziemscy czarnoksiężnicy są głupsi niż mur'gule! -A co to mur'gule? -Bardzo głupie, powolne, krótko żyjące istoty z Argus. Ahmeddin był jednym z najpotężniejszych, szturmujących na pierwszej linii, a zginął ot tak, po jednym prostym zaklęciu! -Spokojnie, podobno Xander McFayden je ostanio napotkał!- Odpowiedział Tempus, słysząc na koniec dobijanie się do drzwi, które się otworzyły po kolejnych ciosach. Do środka wszedł człekokształtny demon. -Xander McFayden został unicestwiony, razem ze swoim duchem ciemności!- Tempus spojrzał w oczy wchodzącego demona. -Od kiedy jesteś heroldem? -Może od dziś. Mam dosyć ciągłego patrzenia, jak kolejni potężni czarnoksiężnicy i jeszcze potężniejsze demony ulegają Czarodziejkom! -Po to tu jestem- odpowiedział Plugawca- aby to skończyć! -Gówno mnie to obchodzi!- Wrzasnął demon- Widzę, że zamiast wyciągać nas z dołka, poprowadziłeś do zniszczenia kolejnych szlachetnych wojowników zła! -Nie wiesz, co mówisz! I nie wiesz, do kogo mówisz! Jam jest...- Demon jednak mu przerwał. -Wiem, kim jesteś, ale my odsuniemy cię od władzy. Potrzebujemy nowego Źródła!- Plugawca zamachnął się dłonią, generując w niej czerwoną kulę energetyczną- I co, że mnie zniszczysz? Są nas całe legiony, i musisz je pokonać, albo my ciebie odeślemy spowrotem na ten... Argus!- Demon zniknął w dymie, a Plugawca sięgnął po swoją kryształową kulę, po chwili widząc w niej Piper jadącą na szpitalnym łóżku. -A więc ona rodzi... Bardzo potężne dziecko. Musze je mieć... Dla siebie. Dla zła!- Plugawca zniknął po chwili w zielonym strumieniu światła. Tymczasem Piper na łóżku właśnie wiozło kilku sanitariuszy, wioząc ją na salę porodową. Leo w końcu puścił łóżko i przybliżył się do stojących niedaleko Prue, Phoebe i Paige. -Przeżywałem to już dwa razy, ale... Ale nigdy nie było to pod ciągłym zagrożeniem. Niemal nieustającym. -Już zapomniałeś?- Odpowiedziała Paige- Kiedy rodził się Chris, sytuacja nie należała do najłatwiejszych. Leo tylko przytaknął. -Racja, ale jednak... chyba za każdym razem jest inaczej. Nie wiem, co mam robić, żeby się upewnić, że ona tam będzie bezpieczna!- Cała czwórka poszła zapewne w kierunku poczekalni, jednak Paige na chwilę się zatrzymała, przyglądając się mężczyźnie z głową zakrytą dresowym kapturem. Po chwili jednak dołączyła do reszty. -Mam wrażenie, jakbym skądś znała tamtego mężczyznę... -Wydaje ci się, to wrażenia!- Odpowiedziała Prue, gdy wszyscy opuścili ten korytarz. Tymczasem w składziku na szczotki krzątał się jeden z salowych. Młody mężczyzna próbował ułożyć miotły w równych szeregach, gdy nagle w składziku, w zielonym świetle zjawił się Plugawca. -A ktoś ty... coś ty za jeden?- Zapytał, wytrzeszczając oczy. -Jam jest twoim mordercą...- Plugawca wyrzucił w kierunku salowego swoją kulę energii, a ten spłonął w niebieskim płomieniu. Sam demon przybrał jego postać. -Pora knuć...- Powiedział Dajtja wychodząc. Szedł z podniesioną głową i swoim demonicznym spojrzeniem, jakby kogoś szukał. Gdy skręcił w jeden z korytarzy, zatrzymał go biegnący lekarz. -Stan, gdzie ty idziesz? Wracaj na sale, trzeba tam posprzątać, ja lecę do porodu!- Plugawca spojrzał na kartę w rękach lekarza i przeczytał nazwisko: "Piper Halliwell". Po chwili spojrzał prosto w jego oczy, jakby wyciągając z oczu mgłę... Na chwilę oczy lekarza stały się czarne. -Prawda, że nie doceniają twoich wysiłków? Nikt nie wie, ile się starasz za tak marne pensje... Przecież to zdzierstwo, żeby ci płacić marne grosze, za to jak sobie żyły wypruwasz... Czy nie pora na... strajk?- W lekarzu odzywał się jakby jego własny głos. -A przysięga Hipokratesa? Pomagać za wszelką cenę? -Chrzanić Hipokratesa. Przecież liczy się przede wszystkim twoje dobro!- Lekarz już więcej nie stawiał oporu demonowi, który poszedł dalej knuć. Piper krzyczała wniebogłosy na sali porodowej, zauważając tylko tajemniczego mężczyznę w dresowej bluzie i głowie zakrytej kapturem, stojącego za szybą. -Co to za demon?- Wrzasnęła przy wszystkim pielęgniarkach- Chodź tu, diable, zaraz cię rozwalę jak wszystkich twoich braci!- Pielęgniarka przycisnęła jej ręce do łóżka. -Zróbcie coś!- Zawołała do innych- Ona już majaczy! Myśli, że walczy z demonami!- Tymczasem postaci w szybie już nie było widać, nie dając znaku, kiedy poszedł. Zupełnie jakby wyparował. Tymczasem wparował, ale przysłowiowo, kto inny- a mianowicie lekarz. Wchodząc na salę bez kitla, zaczął rzucać po pielęgniarkach złowrogie spojrzenia. W końcu zaczął je odpychać od łóżka. -Co pan najlepszego robi?- Krzyknęła czarnoskóra pielęgniarka, która wcześniej uspokajała Piper. -Jak to co? Rozwalam ten burdel! -Co pana opanowało, diabeł? -Niezupełnie... Ludzie, oni nam płacą marne grosze, a my wypruwamy z siebie flaki, żeby pomóc jakiejś... czarownicy!- Krzyknął lekarz. Zanim Piper w szoku zdążyła go wysadzić, pielęgniarka przyłożyła mu metalową rurką. Lekarz upadł oszołomiony na ziemię. -Czy już wszyscy w tym szpitalu oszaleli?- Zapytała retorycznie pielęgniarka, biorąc się na powrót za Piper. Paige i Prue wyglądały przez szpitalne okno. W końcu odezwała się Prue. -Przechodziłyście to już dwa razy... -Prawda- Odpowiedziała Paige- Najpierw Wyatt, potem Chris. Każdy z nich jest tak inny. Ciekawa jestem, jakie będzie to trzecie dziecko. Wiesz, każdy z nich ma swój urok. Uwielbiam te dzieciaki. -Może ja się jeszcze tak do nich nie przyzwyczaiłam, ale... Nie wiem, czy będę miała kiedyś dzieci, bo przyznam, że chłopaki działają mi momentami na nerwy... -Nie mów tak, są słodcy. -Dopóki nie zaczną się drzeć!- Prue aż zgrzytnęła zębami, wypowiadając to zdanie. Wtedy obie usłyszały wyraźne kroki za sobą. Prue usiadła na krześle, podczas gdy Paige wyszła naprzeciw właśnie nadchodzącym Billie i Alex. -Co ty tu robisz?- Zapytała jakby z pretensjami Alex. Paige nie była zadowolona takimi komentarzami. -Czy mi się zdaje, czy ty masz do mnie pretensje? Moja siostra rodzi!- Niemal krzyknęła Paige, gdy od razu odpowiedziała jej Alex. -A my mamy poważną przeprawę z jakimś duchem, którego wezwałyśmy przez pomyłkę!- Paige uważnie spojrzała na twarze obydwu dziewczyn. -A kogo chciałyście wezwać?- Zapytała. Billie próbowała odpowiedzieć. -Se...- Zobaczyła nieprzyjemne spojrzenie swojej przyszłej córki- Nieważne. -Ważne. Od tego zależy, co przylazło. -Pewnego ducha z przeszłości- odpowiedziała Billie- ale zamiast tego przybył jakiś duch mordercy, Freddick Ruger, czy jak mu tam!- Gdy Billie kontynuowała rozmowę z Paige, Alex skierowała się bez słowa do łazienki. Już po wejściu, gdy myła ręce, zdało jej się, że w lustrze ujrzała postać zakapturzonego mężczyzny w dresowej bluzie. Odwróciła się gwałtownie, wyłączając wodę. Ten chciał uciec, ale ona go zamroziła. Podeszła ostrożnie i uważnie zajrzała pod kaptur. -Ty? Tutaj? Co ty tu robisz?- Powiedziała odmrażając mężczyznę. -Właśnie chciałem wyjść z damskiej ubikacji... -Nie mówię o ubikacji! Mówię o tym, co ty robisz w tym miejscu... w tym czasie? -Chodź na bok, gdzie indziej porozmawiamy. W tym szpitalu ściany mają uszy- Powiedział zakapturzony mężczyzna, wyciągając Alex z toalety. Wtedy ze ściany wyszedł ów nawiedzony salowy. -A żebyś wiedział. Demoniczny salowy przechodził znów korytarzami szpitala, szukając następnej osoby do skorumpowania. W końcu jednak Plugawca usiadł na niepozornym krzesełku i... wyglądał, jakby zemdlał. Tymczasem pół-przezroczysta, astralna forma jego pokazała się za plecami pielęgniarki pilnującej porodu. -Przyj, mocniej, przyj!- Nawoływała pielęgniarka, gdy nagle usłyszała głos w swojej głowie, pochodzący od szepczącej astralnej projekcji demona. -Nigdy nie mogłaś mieć dzieci. Ale zawsze chciałaś. Obracałaś swoją opiekę na te dzieci, których pełno w twojej pracy... Ale ile można niańczyć cudze dzieci?- Wtedy jedna z innych pielęgniarek spojrzała na dziwną minę koleżanki. -Coś się dzieje? Dziwnie wyglądasz? -Nie... Chyba jestem przemęczona... Widać główkę!- Zawołała. Wtedy znów usłyszała podszepty demona. -Przecież własnego dziecka mieć nie będziesz! Jedyny sposób, żebyś je miała to... przywłaszczyć je sobie!- Wtedy jednak poród się powoli dokańczał, a Piper straciła przytomność, gdy ujrzała swoje trzecie dziecko, które ostatecznie przyszło na świat. Jednak... dziecko nie krzyczało. Przerażona pielęgniarka odcięła spokojnie pępowinę, ale klepła lekko dziecko w pupę. Ono wciąż nie dawało znaku życia. Nieprzytomna Piper o niczym nie wiedziała... Czarnoskóra pielęgniarka dotknęła płucek dziecka. -Nie oddycha- Powiedziała do pozostałych. Wszystkie popędziły do bocznego stołu, próbując reanimować dziecko. Projekcja astralna demona przyglądała się temu niemal bezradnie. -Nie!- Krzyknął w duchowym wymiarze- Ona ma żyć i ma być zła!- Po chwili bezradności, owa projekcja astralna wstąpiła w ciało pielęgniarki... Będąc w nowym ciele, demon z lekka się otrząsnął. Gdy tradycyjne reanimacje jednak nic nie dawały, odsunął inne pielęgniarki i dotknął rękoma tej nawiedzonej dziecka... Ledwo widzialna mgła przeszła z jego rąk wprost do dziecka, które z krzykiem się obudziło. -Żyje!- Powiedziała jedna z pięlegniarek, budząc tym Piper. -Co, co żyje?- Zapytała, budząc się. -Pani dziecko!- Zawołała zadowolona pielęgniarka, gdy demon opuścił jej ciało- Córeczka! Bardzo piękna córeczka!- Jednak Plugawca knuł dalej, szepcząc na jej ucho. -Widzisz jakie piękne dziecko? Uratowałaś mu życie. Chyba masz prawo, żeby było twoje?- Pielęgniarka wrogo spojrzała na Piper, a potem złośliwie na dziecko. Po chwili poszła w kierunku wyjścia z sali. -Gdzie pani idzie z moją córką?- Zapytała Piper. -Muszę ją zanieść na salę noworodków!- Projekcja astralna demona zniknęła, a pielęgniarka udała się na zewnątrz... Na sali noworodków Plugawca w ciele salowego udawał, że sprząta. Pielęgniarka spokojnie weszła na salę, już zamierzając odłożyć córeczkę Piper do łóżeczka, ale... nagle zawinęła dziecko spowrotem i próbowała wyjść, gdy drogę zagrodzili jej Alex i ów zakapturzony jegomość. Salowy rzucił miotłę. -Puść ją!- Wrzasnął salowy do jegomościa. -Po moim trupie!- Odpowiedział ten. Demon w końcu przybrał swoją naturalną postać, a przerażona pielęgniarka ukryła się z dzieckiem w rogu. Jegomość ściągnął kaptur ze swojej głowy, ukazując twarz... dorosłego Wyatta. -To ty...- Powiedział demonicznym głosem Plugawca. -Ja. Przybyłem z przyszłości, by uniemożliwić ci zepsucie mojej siostry, Melindy!- Wyatt złożył ręce jak do modlitwy, po czym ukazał się w nich w świetle... Excalibur- Dostałem ten miecz od Pani Jeziora jeszcze jako dziecko tylko w jednym celu- aby zatopić go w twoich trzewiach!- Wrzasnął chłopak, jednak demon miał własną broń... W jego łapach w cieniu pojawiło się podobne, mroczne, runiczne ostrze. -A ja dzierżę Ostrze Śmierci, by zgładzić nim dziedzica Excalibura!- Obydwoje rzucili się na siebie, krzyżując ostrza. Jedno, krzyżowe spojrzenie obu walczących... po czym zaczęła się prawdziwa walka. Niczym dwaj średniowieczni rycerze, niczym Król Artur i Mordred, obydwoje zwarli się w wyrównanym pojedynku, wymieniając ciągle ciosy w otoczeniu Bogu ducha winnych noworodków... W końcu znów ostrza skrzyżowały się, a twarze obu zbliżyły się do owego skrzyżowania. Jeden patrzył w oczy drugiego. Wyatt spoglądał na wyrytą na Ostrzu Śmierci czaszkę, a Plugawca na święty krzyż na Excaliburze. Jednak Wyatt rozejrzał się na boki i... kopnął demona wprost między nogi. Ten z sykiem odskoczył do tyłu. -Ty walczysz nie czysto?- Wrzasnął w bólu potwór. -No cóż, święty nie jestem...- Wykorzystując moment... Wyatt z całej siły uderzył w przegub prawej łapy demona, dzierżącej Ostrze Śmierci. Demon rozdarł się jeszcze bardziej, gdy jego łapa oderwała się od ramienia, upadając razem z ostrzem na podłogę. Sześć pazurów odciętej dłoni wyprostowało się, a ostrze po chwili zniknęło w cieniu. Demon rozdarł się tak, jak nigdy przedtem, dając o sobie znać w całym szpitalu. Tylko jeszcze raz spojrzał z pretensjami na Wyatta, po czym zniknął w swoim zielonym świetle. Dziedzic Excalibura odwołał swój miecz, po czym ostrożnie wziął dziecko z rąk pielęgniarki. -Przepraszam, nie wiem, co mnie opętało...- Tylko powiedziała. -Opętał panią ten, który przed chwilą zniknął, ale...- Wyatt machnął ręką przed jej twarzą- Nic pani nie będzie pamiętać!- Sam Wyatt wraz z Alex poszedł do Piper, z jej małą córeczką na rękach. -Wyatt?- Tylko zapytała Czarodziejka- Co ty tu robisz? -Przyszedłem zobaczyć narodziny mojej siostry!- Piper mu przerwała cichutkim głosikiem: -Odrobinę się spóźniłeś... -Ważne, że wszystko jest na miejscu!- Odpowiedział, dając dziewczynkę w ręce mamy, jednocześnie całując ją w czoło. Po chwili na salę weszli pozostali- Prue, Phoebe, Paige, Billie i sam Leo, który uklęknął z drugiej strony Piper. -Jak ją nazwiemy?- Zapytała swojego męża. Leo popatrzył uważnie na drobne, niewinne oblicze noworodka. -Może tak, jak założycielkę rodu? Melinda? -Melinda... Może być. Bardzo dobrze!- Leo i Piper podzielili jeszcze jeden pocałunek, gdy Wyatt i Alex wyszli razem z sali. Wyatt spojrzał na swoją żonę. -Wracaj ze mną, mała Prue tęskni za tobą. -Nie wie, z jaką misją tu poszłam?- Odpowiedziała pół-demonica. -Wie doskonale... Ale nasze dzieci ciebie potrzebują. -A mnie tu potrzebuje świat!- Alex już chciała odejść, ale Wyatt złapał ją za rękę. -Alex, czy ty nie rozumiesz? Ona już się martwi, czy w przeszłości nie zabiły ciebie tamte demony- puścił jej rękę- Nie zmuszam cię, ale proszę. -Mam misję. Jeśli zawiodę tu, nie będzie przyszłości, do jakiej będę mogła wracać!- Alex stanowczo odeszła, zmierzając do wyjścia ze szpitala. Prue, Piper i Phoebe najwyraźniej przed kimś uciekają w ciemnym zaułku. W końcu dotarły na jego koniec, gdzie zaczęły nerwowo się rozglądać. W końcu Piper złapała się za brzuch. -Co się dzieje?- Zapytała ją Prue. -Nie, nic. Tylko jakiś chwilowy skurcz. -Na pewno? -Na pewno. Nie mamy teraz czasu na chorowanie, Xander zaraz tu będzie!- Odpowiedziała Piper wyciągając woreczek z miksturą. Wtedy tuż za jej plecami pojawił się w charakterystycznym "błyśnięciu" czarnoksiężnik o bardzo gęstym, acz krótkim, ciemnym zaroście, ubrany w skórzaną kurtkę i spodnie, jak typowy motorowiec. -Czekałyście na mnie?- Gdy Piper odwróciła się i zamachnęła ręką, aby rzucić w Xandera miksturą, ten tylko machnął ręką, uruchamiając telekinezę. Woreczek wypadł z ręki Czarodziejki i uderzył w chodnik, rozchlapując miksturę. -I co teraz?- Zapytała Phoebe. Czarnoksiężnik jednym ruchem ręki "przyzwał" mały sztylet, którym ugodził Piper między żebrami, po czym odskoczył do tyłu. Prue wyzwoliła swoją telekinetyczną falę, odrzucając go na stojące w rogu skrzynie i ogłuszając go. Wtedy przyorbował Leo, ze swoim okrzykiem "Piper!" Ledwie zdążył uzdrowić swoją żonę, gdy usłyszeli charakterystyczny świergot... Duch ciemności Xandera zjawił się na wezwanie. Bez słowa wystrzelił swoją strzałę prosto w kierunku Leo, który w ostatniej chwili wyorbował. Strzała uderzyła w ścianę. -Jeszcze ma do pomocy ducha ciemności? Nie cierpię, kiedy się miotają. Przecież i tak zginą!- Piper odruchowo próbowała wysadzić ducha ciemności, i wysadziła go, ale- tak samo jak duchy światłości- zaraz zebrał się do kupy, szukając kuszy. Prue telekinetycznie przyciągnęła kuszę do siebie po czym sama z niej do niego strzeliła. Demon wybuchł od uderzenia własnej strzały. Wtedy wstał czarnoksiężnik... Jego Piper rozwaliła bez trudu. Wtedy, po zniszczeniu wrogów, wrócił Leo i zobaczył stękającą i leżącą na chodniku Piper. Przykucnął przy niej. -Co się dzieje?- Piper, cała zarumieniona, z nadętymi policzkami, spojrzała na niego jakby wrogo. -Zaczęło się... -Co się zaczęło? Zatruli cię czymś? -Wody mi odeszły. -Wody? Jakie wody? -Wody mi odeszły, idioto, nie rozumiesz?- Krzyknęła mu wprost do ucha. On dopiero zrozumiał. -Wody... O, Boże! Poród!- Leo złapał Piper, wziął ją na ręce i wybiegł z zaułka. Phoebe tylko spojrzała na ich znikający cień. -Czy nie szybciej by było, gdyby się wyorbowali? -Pewnie tak, ale wiesz, jak rodzi ci się dziecko, nie myślisz logicznie... -Skąd wiesz? -Nie wiem, zgaduję. INTRO 10 SEZONU Plugawca nerwowo krąży po Lochu Źródła, spoglądając co rusz na drzemiącego Tempusa. W końcu się zatrzymał i wrzasnął swoim demonicznym głosem: -Budź się, czarowniku diabła!- Tempus powoli, ospale otworzył oczy, w końcu spoglądając na Plugawcę. Równie powoli poprawił się na tronie, w końcu przesuwając coś na pobliskim ołtarzyku, bez ruszania się z miejsca. -Czego znowu? -A jak myślisz? Te wasze ziemskie demony i ziemscy czarnoksiężnicy są głupsi niż mur'gule! -A co to mur'gule? -Bardzo głupie, powolne, krótko żyjące istoty z Argus. Ahmeddin był jednym z najpotężniejszych, szturmujących na pierwszej linii, a zginął ot tak, po jednym prostym zaklęciu! -Spokojnie, podobno Xander McFayden je ostanio napotkał!- Odpowiedział Tempus, słysząc na koniec dobijanie się do drzwi, które się otworzyły po kolejnych ciosach. Do środka wszedł człekokształtny demon. -Xander McFayden został unicestwiony, razem ze swoim duchem ciemności!- Tempus spojrzał w oczy wchodzącego demona. -Od kiedy jesteś heroldem? -Może od dziś. Mam dosyć ciągłego patrzenia, jak kolejni potężni czarnoksiężnicy i jeszcze potężniejsze demony ulegają Czarodziejkom! -Po to tu jestem- odpowiedział Plugawca- aby to skończyć! -Gówno mnie to obchodzi!- Wrzasnął demon- Widzę, że zamiast wyciągać nas z dołka, poprowadziłeś do zniszczenia kolejnych szlachetnych wojowników zła! -Nie wiesz, co mówisz! I nie wiesz, do kogo mówisz! Jam jest...- Demon jednak mu przerwał. -Wiem, kim jesteś, ale my odsuniemy cię od władzy. Potrzebujemy nowego Źródła!- Plugawca zamachnął się dłonią, generując w niej czerwoną kulę energetyczną- I co, że mnie zniszczysz? Są nas całe legiony, i musisz je pokonać, albo my ciebie odeślemy spowrotem na ten... Argus!- Demon zniknął w dymie, a Plugawca sięgnął po swoją kryształową kulę, po chwili widząc w niej Piper jadącą na szpitalnym łóżku. -A więc ona rodzi... Bardzo potężne dziecko. Musze je mieć... Dla siebie. Dla zła!- Plugawca zniknął po chwili w zielonym strumieniu światła. Tymczasem Piper na łóżku właśnie wiozło kilku sanitariuszy, wioząc ją na salę porodową. Leo w końcu puścił łóżko i przybliżył się do stojących niedaleko Prue, Phoebe i Paige. -Przeżywałem to już dwa razy, ale... Ale nigdy nie było to pod ciągłym zagrożeniem. Niemal nieustającym. -Już zapomniałeś?- Odpowiedziała Paige- Kiedy rodził się Chris, sytuacja nie należała do najłatwiejszych. Leo tylko przytaknął. -Racja, ale jednak... chyba za każdym razem jest inaczej. Nie wiem, co mam robić, żeby się upewnić, że ona tam będzie bezpieczna!- Cała czwórka poszła zapewne w kierunku poczekalni, jednak Paige na chwilę się zatrzymała, przyglądając się mężczyźnie z głową zakrytą dresowym kapturem. Po chwili jednak dołączyła do reszty. -Mam wrażenie, jakbym skądś znała tamtego mężczyznę... -Wydaje ci się, to wrażenia!- Odpowiedziała Prue, gdy wszyscy opuścili ten korytarz. Tymczasem w składziku na szczotki krzątał się jeden z salowych. Młody mężczyzna próbował ułożyć miotły w równych szeregach, gdy nagle w składziku, w zielonym świetle zjawił się Plugawca. -A ktoś ty... coś ty za jeden?- Zapytał, wytrzeszczając oczy. -Jam jest twoim mordercą...- Plugawca wyrzucił w kierunku salowego swoją kulę energii, a ten spłonął w niebieskim płomieniu. Sam demon przybrał jego postać. -Pora knuć...- Powiedział Dajtja wychodząc. Szedł z podniesioną głową i swoim demonicznym spojrzeniem, jakby kogoś szukał. Gdy skręcił w jeden z korytarzy, zatrzymał go biegnący lekarz. -Stan, gdzie ty idziesz? Wracaj na sale, trzeba tam posprzątać, ja lecę do porodu!- Plugawca spojrzał na kartę w rękach lekarza i przeczytał nazwisko: "Piper Halliwell". Po chwili spojrzał prosto w jego oczy, jakby wyciągając z oczu mgłę... Na chwilę oczy lekarza stały się czarne. -Prawda, że nie doceniają twoich wysiłków? Nikt nie wie, ile się starasz za tak marne pensje... Przecież to zdzierstwo, żeby ci płacić marne grosze, za to jak sobie żyły wypruwasz... Czy nie pora na... strajk?- W lekarzu odzywał się jakby jego własny głos. -A przysięga Hipokratesa? Pomagać za wszelką cenę? -Chrzanić Hipokratesa. Przecież liczy się przede wszystkim twoje dobro!- Lekarz już więcej nie stawiał oporu demonowi, który poszedł dalej knuć. Piper krzyczała wniebogłosy na sali porodowej, zauważając tylko tajemniczego mężczyznę w dresowej bluzie i głowie zakrytej kapturem, stojącego za szybą. -Co to za demon?- Wrzasnęła przy wszystkim pielęgniarkach- Chodź tu, diable, zaraz cię rozwalę jak wszystkich twoich braci!- Pielęgniarka przycisnęła jej ręce do łóżka. -Zróbcie coś!- Zawołała do innych- Ona już majaczy! Myśli, że walczy z demonami!- Tymczasem postaci w szybie już nie było widać, nie dając znaku, kiedy poszedł. Zupełnie jakby wyparował. Tymczasem wparował, ale przysłowiowo, kto inny- a mianowicie lekarz. Wchodząc na salę bez kitla, zaczął rzucać po pielęgniarkach złowrogie spojrzenia. W końcu zaczął je odpychać od łóżka. -Co pan najlepszego robi?- Krzyknęła czarnoskóra pielęgniarka, która wcześniej uspokajała Piper. -Jak to co? Rozwalam ten burdel! -Co pana opanowało, diabeł? -Niezupełnie... Ludzie, oni nam płacą marne grosze, a my wypruwamy z siebie flaki, żeby pomóc jakiejś... czarownicy!- Krzyknął lekarz. Zanim Piper w szoku zdążyła go wysadzić, pielęgniarka przyłożyła mu metalową rurką. Lekarz upadł oszołomiony na ziemię. -Czy już wszyscy w tym szpitalu oszaleli?- Zapytała retorycznie pielęgniarka, biorąc się na powrót za Piper. Paige i Prue wyglądały przez szpitalne okno. W końcu odezwała się Prue. -Przechodziłyście to już dwa razy... -Prawda- Odpowiedziała Paige- Najpierw Wyatt, potem Chris. Każdy z nich jest tak inny. Ciekawa jestem, jakie będzie to trzecie dziecko. Wiesz, każdy z nich ma swój urok. Uwielbiam te dzieciaki. -Może ja się jeszcze tak do nich nie przyzwyczaiłam, ale... Nie wiem, czy będę miała kiedyś dzieci, bo przyznam, że chłopaki działają mi momentami na nerwy... -Nie mów tak, są słodcy. -Dopóki nie zaczną się drzeć!- Prue aż zgrzytnęła zębami, wypowiadając to zdanie. Wtedy obie usłyszały wyraźne kroki za sobą. Prue usiadła na krześle, podczas gdy Paige wyszła naprzeciw właśnie nadchodzącym Billie i Alex. -Co ty tu robisz?- Zapytała jakby z pretensjami Alex. Paige nie była zadowolona takimi komentarzami. -Czy mi się zdaje, czy ty masz do mnie pretensje? Moja siostra rodzi!- Niemal krzyknęła Paige, gdy od razu odpowiedziała jej Alex. -A my mamy poważną przeprawę z jakimś duchem, którego wezwałyśmy przez pomyłkę!- Paige uważnie spojrzała na twarze obydwu dziewczyn. -A kogo chciałyście wezwać?- Zapytała. Billie próbowała odpowiedzieć. -Se...- Zobaczyła nieprzyjemne spojrzenie swojej przyszłej córki- Nieważne. -Ważne. Od tego zależy, co przylazło. -Pewnego ducha z przeszłości- odpowiedziała Billie- ale zamiast tego przybył jakiś duch mordercy, Freddick Ruger, czy jak mu tam!- Gdy Billie kontynuowała rozmowę z Paige, Alex skierowała się bez słowa do łazienki. Już po wejściu, gdy myła ręce, zdało jej się, że w lustrze ujrzała postać zakapturzonego mężczyzny w dresowej bluzie. Odwróciła się gwałtownie, wyłączając wodę. Ten chciał uciec, ale ona go zamroziła. Podeszła ostrożnie i uważnie zajrzała pod kaptur. -Ty? Tutaj? Co ty tu robisz?- Powiedziała odmrażając mężczyznę. -Właśnie chciałem wyjść z damskiej ubikacji... -Nie mówię o ubikacji! Mówię o tym, co ty robisz w tym miejscu... w tym czasie? -Chodź na bok, gdzie indziej porozmawiamy. W tym szpitalu ściany mają uszy- Powiedział zakapturzony mężczyzna, wyciągając Alex z toalety. Wtedy ze ściany wyszedł ów nawiedzony salowy. -A żebyś wiedział. Demoniczny salowy przechodził znów korytarzami szpitala, szukając następnej osoby do skorumpowania. W końcu jednak Plugawca usiadł na niepozornym krzesełku i... wyglądał, jakby zemdlał. Tymczasem pół-przezroczysta, astralna forma jego pokazała się za plecami pielęgniarki pilnującej porodu. -Przyj, mocniej, przyj!- Nawoływała pielęgniarka, gdy nagle usłyszała głos w swojej głowie, pochodzący od szepczącej astralnej projekcji demona. -Nigdy nie mogłaś mieć dzieci. Ale zawsze chciałaś. Obracałaś swoją opiekę na te dzieci, których pełno w twojej pracy... Ale ile można niańczyć cudze dzieci?- Wtedy jedna z innych pielęgniarek spojrzała na dziwną minę koleżanki. -Coś się dzieje? Dziwnie wyglądasz? -Nie... Chyba jestem przemęczona... Widać główkę!- Zawołała. Wtedy znów usłyszała podszepty demona. -Przecież własnego dziecka mieć nie będziesz! Jedyny sposób, żebyś je miała to... przywłaszczyć je sobie!- Wtedy jednak poród się powoli dokańczał, a Piper straciła przytomność, gdy ujrzała swoje trzecie dziecko, które ostatecznie przyszło na świat. Jednak... dziecko nie krzyczało. Przerażona pielęgniarka odcięła spokojnie pępowinę, ale klepła lekko dziecko w pupę. Ono wciąż nie dawało znaku życia. Nieprzytomna Piper o niczym nie wiedziała... Czarnoskóra pielęgniarka dotknęła płucek dziecka. -Nie oddycha- Powiedziała do pozostałych. Wszystkie popędziły do bocznego stołu, próbując reanimować dziecko. Projekcja astralna demona przyglądała się temu niemal bezradnie. -Nie!- Krzyknął w duchowym wymiarze- Ona ma żyć i ma być zła!- Po chwili bezradności, owa projekcja astralna wstąpiła w ciało pielęgniarki... Będąc w nowym ciele, demon z lekka się otrząsnął. Gdy tradycyjne reanimacje jednak nic nie dawały, odsunął inne pielęgniarki i dotknął rękoma tej nawiedzonej dziecka... Ledwo widzialna mgła przeszła z jego rąk wprost do dziecka, które z krzykiem się obudziło. -Żyje!- Powiedziała jedna z pięlegniarek, budząc tym Piper. -Co, co żyje?- Zapytała, budząc się. -Pani dziecko!- Zawołała zadowolona pielęgniarka, gdy demon opuścił jej ciało- Córeczka! Bardzo piękna córeczka!- Jednak Plugawca knuł dalej, szepcząc na jej ucho. -Widzisz jakie piękne dziecko? Uratowałaś mu życie. Chyba masz prawo, żeby było twoje?- Pielęgniarka wrogo spojrzała na Piper, a potem złośliwie na dziecko. Po chwili poszła w kierunku wyjścia z sali. -Gdzie pani idzie z moją córką?- Zapytała Piper. -Muszę ją zanieść na salę noworodków!- Projekcja astralna demona zniknęła, a pielęgniarka udała się na zewnątrz... Na sali noworodków Plugawca w ciele salowego udawał, że sprząta. Pielęgniarka spokojnie weszła na salę, już zamierzając odłożyć córeczkę Piper do łóżeczka, ale... nagle zawinęła dziecko spowrotem i próbowała wyjść, gdy drogę zagrodzili jej Alex i ów zakapturzony jegomość. Salowy rzucił miotłę. -Puść ją!- Wrzasnął salowy do jegomościa. -Po moim trupie!- Odpowiedział ten. Demon w końcu przybrał swoją naturalną postać, a przerażona pielęgniarka ukryła się z dzieckiem w rogu. Jegomość ściągnął kaptur ze swojej głowy, ukazując twarz... dorosłego Wyatta. -To ty...- Powiedział demonicznym głosem Plugawca. -Ja. Przybyłem z przyszłości, by uniemożliwić ci zepsucie mojej siostry, Melindy!- Wyatt złożył ręce jak do modlitwy, po czym ukazał się w nich w świetle... Excalibur- Dostałem ten miecz od Pani Jeziora jeszcze jako dziecko tylko w jednym celu- aby zatopić go w twoich trzewiach!- Wrzasnął chłopak, jednak demon miał własną broń... W jego łapach w cieniu pojawiło się podobne, mroczne, runiczne ostrze. -A ja dzierżę Ostrze Śmierci, by zgładzić nim dziedzica Excalibura!- Obydwoje rzucili się na siebie, krzyżując ostrza. Jedno, krzyżowe spojrzenie obu walczących... po czym zaczęła się prawdziwa walka. Niczym dwaj średniowieczni rycerze, niczym Król Artur i Mordred, obydwoje zwarli się w wyrównanym pojedynku, wymieniając ciągle ciosy w otoczeniu Bogu ducha winnych noworodków... W końcu znów ostrza skrzyżowały się, a twarze obu zbliżyły się do owego skrzyżowania. Jeden patrzył w oczy drugiego. Wyatt spoglądał na wyrytą na Ostrzu Śmierci czaszkę, a Plugawca na święty krzyż na Excaliburze. Jednak Wyatt rozejrzał się na boki i... kopnął demona wprost między nogi. Ten z sykiem odskoczył do tyłu. -Ty walczysz nie czysto?- Wrzasnął w bólu potwór. -No cóż, święty nie jestem...- Wykorzystując moment... Wyatt z całej siły uderzył w przegub prawej łapy demona, dzierżącej Ostrze Śmierci. Demon rozdarł się jeszcze bardziej, gdy jego łapa oderwała się od ramienia, upadając razem z ostrzem na podłogę. Sześć pazurów odciętej dłoni wyprostowało się, a ostrze po chwili zniknęło w cieniu. Demon rozdarł się tak, jak nigdy przedtem, dając o sobie znać w całym szpitalu. Tylko jeszcze raz spojrzał z pretensjami na Wyatta, po czym zniknął w swoim zielonym świetle. Dziedzic Excalibura odwołał swój miecz, po czym ostrożnie wziął dziecko z rąk pielęgniarki. -Przepraszam, nie wiem, co mnie opętało...- Tylko powiedziała. -Opętał panią ten, który przed chwilą zniknął, ale...- Wyatt machnął ręką przed jej twarzą- Nic pani nie będzie pamiętać!- Sam Wyatt wraz z Alex poszedł do Piper, z jej małą córeczką na rękach. -Wyatt?- Tylko zapytała Czarodziejka- Co ty tu robisz? -Przyszedłem zobaczyć narodziny mojej siostry!- Piper mu przerwała cichutkim głosikiem: -Odrobinę się spóźniłeś... -Ważne, że wszystko jest na miejscu!- Odpowiedział, dając dziewczynkę w ręce mamy, jednocześnie całując ją w czoło. Po chwili na salę weszli pozostali- Prue, Phoebe, Paige, Billie i sam Leo, który uklęknął z drugiej strony Piper. -Jak ją nazwiemy?- Zapytała swojego męża. Leo popatrzył uważnie na drobne, niewinne oblicze noworodka. -Może tak, jak założycielkę rodu? Melinda? -Melinda... Może być. Bardzo dobrze!- Leo i Piper podzielili jeszcze jeden pocałunek, gdy Wyatt i Alex wyszli razem z sali. Wyatt spojrzał na swoją żonę. -Wracaj ze mną, mała Prue tęskni za tobą. -Nie wie, z jaką misją tu poszłam?- Odpowiedziała pół-demonica. -Wie doskonale... Ale nasze dzieci ciebie potrzebują. -A mnie tu potrzebuje świat!- Alex już chciała odejść, ale Wyatt złapał ją za rękę. -Alex, czy ty nie rozumiesz? Ona już się martwi, czy w przeszłości nie zabiły ciebie tamte demony- puścił jej rękę- Nie zmuszam cię, ale proszę. -Mam misję. Jeśli zawiodę tu, nie będzie przyszłości, do jakiej będę mogła wracać!- Alex stanowczo odeszła, zmierzając do wyjścia ze szpitala.
